środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 3

Livia 
-Mike, zabiję cię! - krzyczałam na brata. Jak on może być taki cofnięty w rozwoju?
-Dobra, młoda opanuj się, takich bluzek jest milion na świecie. Kupię ci drugą.
-Ale ja nie chcę drugiej! Chcę tą. Moją drugą ulubioną, którą właśnie zniszczyłeś.
-Powiedziałem, że kupię ci inną.
-Ty jesteś głupi czy głuchy? Mówię, że nie chcę nowej, chcę tą! - uparcie trzymałam swego. Nagle do domu weszła Cassia.
-Hej wszystkim - powitała nas, ale odezwała się tylko cisza. -Co wy tacy cisi? Umarł ktoś?
-Tak, właśnie Mike posłał moją bluzkę w zaświaty i nawet nie przeprosił! - wydarłam się na cały dom. Miałam nadzieję, że do tego pustaka coś dotrze.
-Kochana siostrzyczko, nie martw się. Z facetami to jest tak, że są za męscy na uczucia, za dumni by przeprosić i za głupi by cokolwiek naprawić - powiedziała i puściła mi oczko. Mina brata była bezcenna. Tak go zatkało, że stał jak słup z otwartymi ustami i nie był w stanie nic wydusić z siebie ani słowa. 
-Dobra, jak uśmierciłeś tę bluzkę? - przerwała milczenie Cassia.
-No...Jakoś tak wyszło. Och, dajcie mi już spokój. Przyznaję: mój błąd. Przepraszam.
-No dobra, wybaczam. Nie będę cię stresować bo jeszcze wyłysiejesz i żadna laska cię nie weźmie - rzuciłam i zaczęłam się śmiać, a potem dołączyła do mnie siostra. Jak ja uwielbiam go wkurzać. 
-Dobra, koniec tych śmiechów. Livia, zabieraj klamoty i won na uczelnię bo się spóźnisz i Jess będzie się wściekać - odpowiedział lekko urażony Mike. Nie chcę myśleć jaką zemstę szykuje w tej swojej nikczemnej główce. Ledwo co nie udusiłam się ze śmiechu. Gdy w końcu trochę się opanowałam zabrałam swoje rzeczy i wyszłam z domu.

Rydel
-W tej chwili masz wyjść z tej łazienki! Kolejny raz powtarzać nie będę. Jak nie wyjdziesz to dzwonię po ślusarza, on raz dwa otworzy zamek, ja wejdę do środka i nie będzie mnie to interesowało czy jesteś ubrany czy nie, a może leżysz w wannie, po prostu chwycę coś i walnę cię w łeb i jeszcze namówię chłopaków żeby to nagrali i potem wstawili na Facebooka, Twittera i YouTube wtedy będzie przypał, a tego chyba nie chcesz... - powiedziałam jednym tchem stojąc i waląc pięścią w drzwi łazienki.
-Opanuj się kobieto! Sąsiedzi jeszcze pomyślą, że uciekłaś od czubków - rzucił Ross, który właśnie otworzył drzwi. -Już widzę te pierwsze strony lokalnych gazet: ''Rydel Lynch, nowa mieszkanka Nowego Yorku - psychopatką'', ''Rydel Lynch znęca się nad rodziną'', Rydel Lynch...'' - nie dokończył bo uderzyłam go ręką w tył głowy a potem poprawiłam jeszcze na plecach. Weszłam do toalety i z całą siłą trzasnęłam drzwiami. Dziwne, że nie wyleciały z futryn...
-I my nie mamy sąsiadów głąbie! - krzyknęłam przez zamknięte drzwi.
-Dzieci drogie, uspokójcie się - usłyszałam głos mamy, która chyba przybyła z odsieczą. Tak właśnie wyglądało te samotne mieszkanie. Mama przesiadywała u nas całymi dniami i wychodziła wieczorem.
-To ona zaczyna. Nie można się nawet wykąpać - powiedział Ross, jak zwykle udający niewiniątko. Nie miałam ochoty komentować tego, więc nic nie odpowiedziałam. Niech głupek wmawia sobie, że uznałam swoją niższość.
Opuściłam pomieszczenie po 30 minutach. Poszłam na dół do kuchni, gdzie cała banda siedziała przy stole i jadła śniadanie.
-Siadaj sis, bo zaraz nic nie będzie na tym stole - zaprosił mnie Riker. Czasami mam wrażenie, że tylko on potrafi być poważny...dorosły. 
-Teraz? Jak zostały same resztki? Pfff... idę zrobić sobie kanapkę.
-Ej, nie wygłupiaj się i siadaj. Ja pójdę zrobić ci tą kanapkę - powiedział Riker. Co mu się stało? Wiem co przed chwilą mówiłam, ale tego się nie spodziewałam nawet po nim.
-No dobra, skoro tak to czemu nie - usiadłam przy stole a brat poszedł do kuchni. Wrócił po około 5 minutach z trzema kanapkami na talerzu i gorącą herbatą.
-Proszę bardzo.
-Mmmm....dziękuję Riker - rzekłam i cmoknęłam brata w policzek. Kanapki były nawet nie złe, o dziwo nie otrułam się. Gdy skończyłam odniosłam wszystko do kuchni.
-Rydel, kiedy wybierasz się do studia? - spytał Riker gdy siedziałam na kanapie i przeglądałam jakiś magazyn modowy. 
-Właśnie miałam tak iść.
-No to ją cię podwiozę.
-Dobra, gadaj czego chcesz. Najpierw kanapki teraz to? Na pewno nie robisz tego bezinteresownie - powiedziałam co myślałam.
-Nic nie chcę, chcę być tylko dla ciebie miły.
-No dobra, idź po kluczyki - rzuciłam i ruszyłam do wyjścia. Założyłam buty, zabrałam torebkę i wyszłam na ganek. Był piękny dzień. Ptaszki ćwierkały, słońce świeciło, Riker widocznie dostał udaru co było z korzyścią dla mnie. Założyłam okulary przeciwsłoneczne i powoli zeszłam po schodkach. Dotarłam do auta brata i oparłam się o nie. W końcu przybył  pierworodny Lynch.
-Robiłeś te kluczyki czy co? 
-Taa... Ross je schował i nie chciał powiedzieć gdzie, więc musiałem go stłuc - roześmiał się.
-Należało mu się - skwitowałam i wsiadłam do wozu.
-Wczoraj potulny jak baranek, a dziś diabeł wcielony. Dobrze że rodzice są w domu, bo jeszcze roznieśliby z Willem cały dom.
-Jakim Willem?
-No tym....jak on się nazywa...Blake, Will Blake.
-Aaaa...kojarzę, ten kumpel Rossa z tego pamiętnego wypadu do dyskoteki.
-Właśnie tak.
-No to ja już nic nie mówię.

Riker
Jechaliśmy praktycznie pustą drogą. Gadaliśmy, śmialiśmy się i po około 20 minutach byliśmy na miejscu. Rydel poszła na rozmowę, a ja zostałem w samochodzie. Siedziałem, słuchałem muzyki i obserwowałem zatłoczone chodniki. Ludzi śpieszących do pracy, rodziców prowadzących dzieci do przedszkoli i staruszków chodzących pod rękę uśmiechniętych i wesołych. Minęło 30 minut a Rydel już wróciła. Była cała promienna, więc oznaczało to tylko jedno.
-Niech zgadnę, masz tę robotę - od razu rzuciłem patrząc przed siebie.
-Wróżka Riker, oczywiście że tak.
Odwróciłem twarz w jej stronę, lekko odchyliłem okulary i powiedziałem:
-No to jedziemy to uczcić! 
Rydel wsiadła do mojego niedawno kupionego Mustanga GT kabrioletu i ruszyliśmy przed siebie. Wiatr mierzwił nam włosy, muzyka grała tak głośno jak się tylko dało a my śpiewaliśmy, chociaż czasami nie znaliśmy słów. Jechałem dość szybko, byłem bardzo rozkojarzony i bardziej skupiony na muzyce niż na drodze. Tak się wygłupialiśmy, że ledwo co zauważyłem dziewczynę przechodzącą przez jezdnię, zbyt późno zacząłem hamować i prawie bym ją zabił. Na szczęście ona zauważyła mnie i cofnęła się, ale niewystarczająco daleko. Przetoczyła się przez maskę auta i znalazła się po drugiej stronie samochodu. 
-Jezu, Riker coś ty narobił! - krzyknęła Rydel i złapała się w rozpaczy za głowę.
Szybko wysiadłem i pobiegłem do dziewczyny. Sprawdziłem czy oddycha, a potem zbadałem puls. Wszystko było tak jak trzeba, oddychała i wyczuwałem puls. Uniosłem jej głowę i ułożyłem ją na swoich kolanach. Odgarnąłem włosy z jej twarzy i lekko zacząłem klepać po policzkach w nadziei, że się ocknie. Podeszła do mnie Rydel, ciągle w szoku. 
-I co z nią? - spytała cicho.
-Na pewno żyje. 
-Zabierzmy ją do szpitala, to że żyje to jeszcze o niczym nie świadczy, może mieć urazy wewnętrzne.
-Jeśli ją tam zabierzemy, to lekarze będą się pytali co się stało Livii i co wtedy powiemy? Spadła z drabiny? Nigdy w to nie uwierzą. Będę musiał powiedzieć, że ją potrąciłem a wiesz co to oznacza? To wiąże się z tym, że w najgorszym wypadku mogę nawet pójść siedzieć.
-Skąd wiesz jak ma na imię?! - rzuciła zdziwiona Rydel.
-Jest w mojej grupie tanecznej. Zdążyliśmy się już poznać.
-Riker, nie mamy innego wyjścia, musimy ją zabrać do nas do domu.
-Masz rację - powiedziałem i delikatnie uniosłem dziewczynę. Położyłem ją na tylnym siedzeniu. Siostra usiadła koło niej aby mieć na nią oko. Usiadłem za kierownicą i ruszyłem przed siebie. Jechałem szybko, bo bałem się o jej życie, ale tym razem patrzyłem na drogę.

_______________________________________________
Przybywam z nowym rozdziałem!! Nareszcie zaczyna się coś dziać, już myślałam że to nigdy nie nastąpi. Mam nadzieję że się podoba. A tak przy okazji, chciałam Wam życzyć Wesołych świąt!!! I oczywiście mokrego dyngusa :*
Czytajcie, komentujcie i pamiętajcie:
''Komentujesz - motywujesz''
Trzymajcie się cieplutko :*
-Alex

2 komentarze: