Wszystkich wywiało z domu. Rydel gdzieś poszła z koleżankami, Ryland poszedł do kina, a o Rossie i Rockym lepiej nie wspominać. Siedziałem sam w pustym domu. Dziś nawet rodzice nas nie odwiedzili.
W końcu zerwałem się z kanapy, bo naszła mnie myśl aby ich odwiedzić. Wyłączyłem telewizor w którym oglądałem jakich thriller niższej rangi. Zgasiłem światło i ruszyłem do korytarza. Zabrałem swoją skórzaną kurtkę i założyłem trampki, zgarnąłem z szafki klucze od domu. Wyszedłem na zewnątrz, zamknąłem drzwi i ruszyłem do garażu. Wszedłem do ogromnego pomieszczenia, w którym stało mnóstwo aut stojących w dwóch rzędach po lewej i prawej stronie. Podszedłem do niebieskiego Chevroleta Camaro z 1967 roku. Prawdziwe cacko. Wsiadłem do wozu, odrzuciłem kurtkę na siedzenie pasażera i przekręciłem kluczyki w stacyjce. Usłyszałem ryk silnika. Muzyka dla moich uszu. Wrzuciłem pierwszy bieg i opuściłem garaż. Dojechałem do bramy wyjazdowej, która sama się otworzyła. Wyjechałem na ulicę i pognałem w kierunku mieszkania rodziców. Jechałem dość szybko, nie zważałem na ograniczenia, stwierdziłem, że to tylko obrzeża miasta, więc nikt mi nic nie zrobi.
Nie pomyliłem się. Zwolniłem dopiero wtedy, kiedy wjechałem do centrum. Nowy York wieczorem wyglądał urokliwie. Wszędzie było bardzo kolorowo, dzięki różnemu oświetleniu. Mieszkanie rodziców było niewielkie. Mały, drewniany domek, stojący na niewielkiej działce, lecz gdyby się dokładnie przyjżeć, możnaby stwierdzić, że w tym wypadku, powiedzenie ''Małe jest piękne'', jest jak najbardziej trafne. Zaparkowałem przy krawężniku i opuściłem auto. Przeszedłem przez otwartą furtkę i dotarłem na szczyt schodów. Nie pukałem, ani nie dzwoniłem, po prostu bezszelestnie wszedłem do domu. Cichutko zamknąłem za sobą drzwi, odwiesiłem kurtkę i już chciałem iść dalej i zawitać w kuchni, kiedy nagle usłyszałem podniesione głosy rodziców. Podszedłem bliżej, aby lepiej słyszeć. Wiem, to nie grzeczne podsłuchiwać, ale coś mówiło mi, abym nie wychylał się na razie.
-Tyle razy ci mówiłam, że to się kiedyś stanie, ale ty mnie nigdy nie słuchasz - usłyszałem drżący głos mamy. Wydawała się bardzo zdenerwowana, ale też przejęta.
-Nie wiedziałem, że to może się wydarzyć! Wierzyłem, że jednak to się skończy!
-Ale się nie skończyło! I na pewno nie skończy, a teraz nasze dzieci są w niebezpieczeństwie! - nagle padło z ust mamy. Ciarki przeszły mnie po plecach. O co chodziło? -Mark, musimy mu powiedzieć, bo to może się źle skończyć. Ross i Rocky przyjęli to dość dobrze, Riker też zrozumie.
-Co mam zrozumieć - nie wytrzymałem i wparowałem do kuchni. Wszystko się we mnie gotowało. Kurczowo zaciskałem pięści. Patrzyłem złowrogo na jednego i drugiego z rodziców czekając aż coś powiedzą.
-Riker? Synu, co ty tu robisz? - zapytał zdziwiony, ale też zmieszany tata.
-Przyjechałem odwiedzić rodziców, ale okazuje się że oni coś przede mną ukrywają.
-Kochanie, to nie tak jak myślisz - odpowiedziała mama podchodząc do mnie i łapiąc mnie za rękę. Wyrwałem swoją dłoń z jej uścisku. Nie obchodziło mnie nic innego jak dowiedzenie się tego, co mi zagraża, bo z tego co usłyszałem to ta sytuacja nie jest za wesoła.
-Synu, rozumiem twoje zdenerwowanie, ale na prawdę nie możesz się teraz o tym dowiedzieć - rzucił tata opierając się dłońmi o blat stołu patrząc na mnie. Po tych słowach mama gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę, posyłając mu zabójcze spojrzenie. Gdyby wzrok zabijał, tata leżał by już martwy.
-Ale dlaczego nie?! Z tego co wiem, grozi mi niebezpieczeństwo, a ty mówisz że nie mogę się dowiedzieć?! - krzyknąłem na ojca. Moja złość z każdą sekundą rosła.
-Nie teraz, Riker. Obiecuję, że dowiesz się w swoim czasie.
-W moim czasie powiadasz, w moim czasie...- zacząłem kręcić się w kółko po pomieszczeniu, drapiąc się po karku i powtarzając co chwila te słowa. -Jasne, w moim czasie... - spojrzałem na ojca -Czyli jak coś mi się stanie lub będę martwy, niech ci będzie - podsumowałem wyrzucając dłonie w górę i wyszedłem z kuchni. Zabrałem kurtkę z wieszaka i opuściłem dom trzaskając drzwiami. Usłyszałem głos mamy, wołający moje imię, ale nie zareagowałem. Wsiadłem do auta, a przez szybę zauważyłem, że rodzice kontynuowali kłótnię. Uderzyłem pięściami w kierownicę. Oparłem głowę o siedzenie i zacząłem wszystko jeszcze raz analizować. Co takiego ukrywali? Jakie niebezpieczeństwo? Muszę się dowiedzieć, a jeśli oni mi nie powiedzą to zrobię to na własną rękę. W końcu któryś z nich musi pęknąć. Trzeba przycisnąć Rossa i Rocky'ego, ale nie teraz. Teraz muszę się wyluzować.
Przekręciłem kluczyki i z piskiem opon odjechałem sprzed domu. Jechałem rozświetloną ulicą. Rozglądałem się w poszukiwaniu jakiegoś klubu, pubu, baru czy czegokolwiek gdzie mógłbym się napić. Musiałem choć na jakiś czas wypędzić z mojej głowy te wszystkie dręczące mnie myśli.
Padło na pierwszy lepszy pub ''Insomnia''. Trwała tam właśnie dość głośna impreza. Widocznie miejsce cieszyło się popularnością, bo przed wejściem stało sporo osób. Zaparkowałem gdzieś niedaleko i ruszyłem w stronę budynku. Ochroniarz kazał mi pokazać dowód, aby sprawdzić czy jestem pełnoletni i czy mogę spożywać alkohol. Oczywiście mogłem, więc bez problemu mnie wpuścił. Po wejściu uderzyła mnie mocna fala muzyki. Zapach nikotyny pomieszany z wonią alkoholu i różnych perfum, nie należał do najprzyjemniejszych. Z trudem przebrnąłem przez tłum ludzi. Wszyscy tańczyli, pili piwo, drinki - jednym słowem, każdy alkohol jaki tu sprzedawali.
Usiadłem przy barze. Od razu podszedł do mnie barman pytając co podać. Postawiłem na tradycyjny alkohol - Jack'a Danielsa z lodem. Chłopak oddalił się, a ja oparłem głowę na zaciśniętej w pięść dłoni, podpierając się łokciem o blat. Rozglądałem się po sali. Obserwowałem tańczących ludzi i obściskujące się pary. Niektórzy potrafili się zachować, ale byli też tacy co zachowywali się po prostu obleśnie. Nie mogłem na to dłużej patrzyć, bo zaczęło mnie mdlić. Odwróciłem wzrok, spoglądając na drugi koniec baru. Spostrzegłem barmankę. Całkiem wysoką, szczupłą dziewczynę, o blond włosach spiętych w wysoką kitkę. Uśmiechała się rozmawiając z jakimś klientem. Chwilę później podszedł do niej chłopak, który mnie obsługiwał. Ze zdenerwowaniem wymachiwał rękoma w różne strony. Coś widocznie wprowadziło go z równowagi. Dziewczyna natychmiast złapała go za ramię i lekko nim wstrząsnęła, próbując przebić się przez słowa wypływające z jego ust. Kiedy go uspokoiła, barman skierował się w stronę ciemno zielonych drzwi, prawdopodobnie prowadzących na zaplecze. W tym momencie blondyna odwróciła się twarzą do mnie a ja zupełnie znieruchomiałem. Jakieś pięć metrów ode mnie stała Livia. Wodziła wzrokiem po półkach z alkoholem. W końcu sięgnęła po Danielsa, przygotowała trunek jak należy i skierowała się w moją stronę, wciąż patrząc na swojego uprzedniego rozmówcę, lekko się uśmiechając i rzucają do niego pojedyncze słowa.
-Proszę bardzo - powiedziała stawiając zamówienie obok mojej dłoni, wcale na mnie nie patrząc.
-Dziękuję, Livio - odpowiedziałem zniżając głos. Dziewczyna gwałtownie odwróciła się w moją stronę. Gdy w końcu mnie rozpoznała, wesoło się uśmiechnęła.
-Riker?! Miło cię widzieć - rzuciła entuzjastycznie -Co cię do nas sprowadza?
-Czasami człowiek potrzebuje jakiejś odskoczni od codzienności i problemów, które dotykają każdego.
-Teraz to strzeliłeś filozoficzną myśl - roześmiała się dziewczyna. -Ale muszę przyznać ci rację.
-Taa...- mruknąłem patrząc się tępo w szklankę, obracając ją między palcami. Korciło mnie aby rzucić nią o ścianę i rozładować emocje. Moja wściekłość nie znała granic. Nie radziłbym nikomu mnie dziś drażnić.
-Oj, ktoś tu jest nie w sosie...
-I to bardzo nie w sosie - odburknąłem dalej nie patrząc na Livię.
-Spoko, ale mógłbyś być trochę milszy dla mnie.
-Nie, nie mógłbym - spojrzałem na nią ''spod byka''. -A tak w ogóle ty to kto? Obama?
-Próbuję być miła i jakoś staram poprawić ci humor, a ty na mnie warczysz. Jak sobie chcesz...-rzekła widocznie dotknięta moimi słowami. Zacząłem żałować, minimalnie ale żałować.
-Hej, poczekaj - próbowałem zatrzymać odchodzącą dziewczynę.
-Daruj sobie - oburknęła nawet się nie odwracając. Brawo debilu.
Chwyciłem szklankę i za jednym zamachem wypiłem całą jej zawartość. W tym momencie powrócił ten sam chłopak, który niedawno gdzieś się oddalił. Zawołałem go unosząc do góry dłoń i zamówiłem kolejną kolejkę. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem że w lokalu zrobiło się jeszcze ciaśniej. Po chwili moja szklanka znów świeciła pustkami.
-Oj, ktoś tu jest nie w sosie...
-I to bardzo nie w sosie - odburknąłem dalej nie patrząc na Livię.
-Spoko, ale mógłbyś być trochę milszy dla mnie.
-Nie, nie mógłbym - spojrzałem na nią ''spod byka''. -A tak w ogóle ty to kto? Obama?
-Próbuję być miła i jakoś staram poprawić ci humor, a ty na mnie warczysz. Jak sobie chcesz...-rzekła widocznie dotknięta moimi słowami. Zacząłem żałować, minimalnie ale żałować.
-Hej, poczekaj - próbowałem zatrzymać odchodzącą dziewczynę.
-Daruj sobie - oburknęła nawet się nie odwracając. Brawo debilu.
Chwyciłem szklankę i za jednym zamachem wypiłem całą jej zawartość. W tym momencie powrócił ten sam chłopak, który niedawno gdzieś się oddalił. Zawołałem go unosząc do góry dłoń i zamówiłem kolejną kolejkę. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem że w lokalu zrobiło się jeszcze ciaśniej. Po chwili moja szklanka znów świeciła pustkami.
-Barman! - znów zawołałem chłopaka? Młody skończył obsługiwać jakiegoś gościa w garniturze i podszedł do mnie.
-Co podać? - spytał.
Zastanowiłem się chwilę.
-Whisky - w końcu wydobyłem z siebie. Chłopak sięgnął po szklankę.
-Chyba się nie zrozumieliśmy...- mruknąłem, a barman spojrzał na mnie niepewnie -...butelkę whisky - dokończyłem.
Młody zastygł ze zdziwienia, ale kiedy ponagliłem go morderczym wzrokiem, po chwili moja zamówienie stało tuż przede mną.
I tak się zaczęło. Szklanka za szklanką, aż butelka zrobiła się pusta. Czułem pilną potrzebę utopienia całej złości, żalu i niezrozumienia w alkoholu. I co z tego, że powoli zapominałem kim jestem? Przecież po to tu przyszedłem, aby zapomnieć choć na ten jeden wieczór. Po jakiejś godzinie nawet nie zwracałem uwagi na to co barman mi dawał, piłem wszystko co otrzymywałem. Traciłem jakąkolwiek kontrolę wraz z kolejnymi łykami trunku.
-Riker, opanuj się - usłyszałem kobiecy, delikatny ale stanowczy głos. Uniosłem swoją ledwo przytomną głowę i ujrzałem tą samą blondynę, którą wcześniej potraktowałem dość chłodno. Patrzyła na mnie z politowaniem.
-A ty co? Matka Teresa? - zamierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu.
-A ty co? Matka Teresa? - zamierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu.
-Jesteś pijany, powinieneś jechać do domu.
-"Jesteś pijany, jesteś pijany" - zacząłem ją przedrzeźniać. Łatwo jej tak mówić, bo nie wie o co chodzi. -Wiesz co? Powinnaś zmienić pracę albo się napić, może wtedy byś wyluzowała - odgryzłem się dziewczynie, wiedziałem co robię....a może nie wiedziałem?
-Potrafię się wyluzować nawet bez tego.
-Hmmm....doprawdy? - mruknąłem przechylając szklankę i wlewając jej zawartość do ust, przy czym lekko się krzywiąc.
-Dobra, koniec zabawy. Dzwonię po Rydel - zagroziła mi po czym wyjęła telefon i spojrzała na mnie, jakby czekała na jakikolwiek sprzeciw.
-Szkocka razy dwa! - krzyknąłem w kierunku drugiego barmana unosząc gwałtownie dłoń w górę. Postanowiłem zignorować Livię. Niech se robi co chce, mnie to nie interesuje. Może nawet zadzwonić do prezydenta, albo papieża. Dziś chcę być wolny i nikt mi w tym nie przeszkodzi. Kątem oka zobaczyłem blondynkę trzymającą w dłoni telefon, minę miała nie wesołą, czyżby ktoś nie odbierał? No i bardzo dobrze.
Mijały kolejne minuty, a mój umysł stawał się coraz bardziej nieobecny. W pewnym momencie nawet muzyka puszczana przez DJ'a stała się cichsza, jakby chciała wedrzeć się do mojej głowy, lecz mój mózg stworzył barierę, której nie mogła pokonać. W końcu doszło do tego, że ludzie zaczęli słuchać o moich zapasach w lodówce. Dwie kobiety dowiedziały się ode mnie o prawdopodobnej inwazji kosmitów, ale zapewniłem je że Thor i inni Avengersi uratują nas przed nimi a my będziemy żyć długo i szczęśliwie. Gdy upojenie alkoholowe doszło do punktu kulminacyjnego zacząłem widzieć podwójnie a nawet potrójnie i myślałem, że tańczę z Kopciuszkiem i Rihhaną, a siedem krasnoludków polewa mi kolejkę. Traciłem pamięć, zmysły i samokontrolę, ale czy nie o to mi chodziło, gdy siadałem przy tym barze? Czy nie chciałem zapomnieć o tym co dowiedziałem, a raczej czego się nie dowiedziałem w domu rodziców? Chciałem utopić wszelką nienawiść i żal, a mój plan jak najbardziej realizował się.
Poczułem chęć zatańczenia. Ociężale podniosłem się z miejsca i już chciałem podejść do jakiejś dziewczyny, kiedy postawiłem jeden krok, a moje ciało z powrotem opadło na krzesło. Gwałtownie upadłem na siedzenie, przy czym zrzuciłem szklankę, która rozbiła się na drobne kawałki. Najpierw mój mózg przestał normalnie pracować, a teraz moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Moja głowa spoczęła na ramionach, które ułożyłem na blacie barku. W tym momencie nie miałem ochoty na nic, nawet na picie. Momentalnie poczułem chęć snu. Moje oczy same się zamykały, nie miałem na to wpływu.
Poczułem chęć zatańczenia. Ociężale podniosłem się z miejsca i już chciałem podejść do jakiejś dziewczyny, kiedy postawiłem jeden krok, a moje ciało z powrotem opadło na krzesło. Gwałtownie upadłem na siedzenie, przy czym zrzuciłem szklankę, która rozbiła się na drobne kawałki. Najpierw mój mózg przestał normalnie pracować, a teraz moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Moja głowa spoczęła na ramionach, które ułożyłem na blacie barku. W tym momencie nie miałem ochoty na nic, nawet na picie. Momentalnie poczułem chęć snu. Moje oczy same się zamykały, nie miałem na to wpływu.
-Impreza się skończyła - usłyszałem dość głośny głos tuż przy moim uchu. Nie byłem w stanie stwierdzić do kogo on należał, ale ten ktoś spowodował, że moja głowa była bliska eksplozji. - Ross już tu jedzie, więc podnieś się bo nie mam zamiaru cię nieść.
I wszystko stało się jasne. To znowu ona. Złośliwa, trochę ciekawska i wkurzająca. Nie dawała za wygraną, ale tak na prawdę to po co ona się mną interesowała? Gdyby mnie ktoś potrącił, to raczej jakbym nie musiał to bym nie interesował się tą osobą, a ona robi wszystko na odwrót. Nie potrzebuję jej pomocy, ja jej pomogłem bo to był mój obowiązek, a ona nie musi nic dla mnie robić.
-Riker, idziesz czy będziesz tu tak leżał? - spytała po raz kolejny, ale tym razem o wiele łagodniej. Pokręciłem głową i mruknąłem coś niezrozumiale. Stwierdziłem, że wstanę bo nie chciałem słuchać więcej jej próśb, czy jak to tam nazwać. Nie miałem już nic do stracenia, bo właśnie wyparował ten błogi stan, którego tak bardzo nie chciałem tracić.
Z trudnością stanąłem na nogi spotykając się ze spojrzeniem Livii, które wyrażało pogardę i lekkie współczucie jednocześnie. Zachwiałem się, ale postawiłem kilka kroków do przodu. Ucieszyłem się, że jakoś jestem w stanie iść, ale jak to mówią: ''nie chwal dnia przed zachodem słońca''. Za późno. Momentalnie moje nogi zrobiły się jak z waty i w jednej chwili runąłem prosto na idącą przede mną blondynkę. Usłyszałem tylko cichy jęk, a potem dziewczyna zepchnęła mnie z siebie. Stanęła nade mną otrzepując ubranie, chwilę na mnie patrzyła a potem złapała mnie za ramiona w celu postawienia na nogi. Było ciężko, ale z moją małą pomocą udało się. Chwyciła moją rękę i przewiesiła ją na swoje ramię, po czym skierowała się w kierunku wyjścia.
-Ciężka noc? - rzucił do blondynki wysoki, umięśniony ochroniarz stojący przy drzwiach.
-A żebyś wiedział - wysapała dziewczyna. Już ostatkiem sił podtrzymywała mnie. Mimo wszystko byłem jej wdzięczny. Znała mnie jakieś 2-3 dni, a tak się przejęła moim dzisiejszym stanem. A może po prostu już taka jest? Taką dobrą duszą dla ludzi?
-Może ci.... - facet nie zdążył dokończyć, kiedy blondynka mu wpadła w pół zdania.
-Nie dzięki, dam sobie radę. Na zewnątrz czeka jego brat.
-Jak sobie życzysz - odpowiedział z lekkim uśmiechem, po czym otworzył nam drzwi. Osobiście, to niezły burak z niego. Zamiast się głupio pytać, powinien pomóc Livii. Po pierwsze to kobieta, której trzeba pomóc, a po drugie ta właśnie kobieta, tachała na ramionach faceta, na dodatek zalanego jak szpak.
Opuściliśmy klub za co zacząłem dziękować, ale nie wiem czy Bogu czy blondynce. Oddychałem głęboko starając się przyzwyczaić do świeżości powietrza, w końcu wewnątrz budynku nie było ono tak czyste i przyjemne dla moich dróg oddechowych. Parking przed budynkiem był opustoszały, nie licząc kilku aut najprawdopodobniej należących do pracowników klubu.
-Jeszcze go nie ma - w końcu odezwała się dziewczyna, po czym oparła mnie o jedną ze ścian budowli. Stanęła koło mnie, abym nie miał możliwości osunięcia się na ziemię, zważając na stan mojego ciała. Oparłem głowę na jej ramieniu. Czy robiłem to świadomie? Nie wiem, ale Livia nie protestowała. Może dlatego, że byłem pijany, a może już nie miała siły aby cokolwiek zrobić. Zamknąłem oczy wdychając przyjemny zapach jej perfum. Wiatr delikatnie muskał nasze twarze przy okazji rozwiewając włosy dziewczyny.
-Riker, idziesz czy będziesz tu tak leżał? - spytała po raz kolejny, ale tym razem o wiele łagodniej. Pokręciłem głową i mruknąłem coś niezrozumiale. Stwierdziłem, że wstanę bo nie chciałem słuchać więcej jej próśb, czy jak to tam nazwać. Nie miałem już nic do stracenia, bo właśnie wyparował ten błogi stan, którego tak bardzo nie chciałem tracić.
Z trudnością stanąłem na nogi spotykając się ze spojrzeniem Livii, które wyrażało pogardę i lekkie współczucie jednocześnie. Zachwiałem się, ale postawiłem kilka kroków do przodu. Ucieszyłem się, że jakoś jestem w stanie iść, ale jak to mówią: ''nie chwal dnia przed zachodem słońca''. Za późno. Momentalnie moje nogi zrobiły się jak z waty i w jednej chwili runąłem prosto na idącą przede mną blondynkę. Usłyszałem tylko cichy jęk, a potem dziewczyna zepchnęła mnie z siebie. Stanęła nade mną otrzepując ubranie, chwilę na mnie patrzyła a potem złapała mnie za ramiona w celu postawienia na nogi. Było ciężko, ale z moją małą pomocą udało się. Chwyciła moją rękę i przewiesiła ją na swoje ramię, po czym skierowała się w kierunku wyjścia.
-Ciężka noc? - rzucił do blondynki wysoki, umięśniony ochroniarz stojący przy drzwiach.
-A żebyś wiedział - wysapała dziewczyna. Już ostatkiem sił podtrzymywała mnie. Mimo wszystko byłem jej wdzięczny. Znała mnie jakieś 2-3 dni, a tak się przejęła moim dzisiejszym stanem. A może po prostu już taka jest? Taką dobrą duszą dla ludzi?
-Może ci.... - facet nie zdążył dokończyć, kiedy blondynka mu wpadła w pół zdania.
-Nie dzięki, dam sobie radę. Na zewnątrz czeka jego brat.
-Jak sobie życzysz - odpowiedział z lekkim uśmiechem, po czym otworzył nam drzwi. Osobiście, to niezły burak z niego. Zamiast się głupio pytać, powinien pomóc Livii. Po pierwsze to kobieta, której trzeba pomóc, a po drugie ta właśnie kobieta, tachała na ramionach faceta, na dodatek zalanego jak szpak.
Opuściliśmy klub za co zacząłem dziękować, ale nie wiem czy Bogu czy blondynce. Oddychałem głęboko starając się przyzwyczaić do świeżości powietrza, w końcu wewnątrz budynku nie było ono tak czyste i przyjemne dla moich dróg oddechowych. Parking przed budynkiem był opustoszały, nie licząc kilku aut najprawdopodobniej należących do pracowników klubu.
-Jeszcze go nie ma - w końcu odezwała się dziewczyna, po czym oparła mnie o jedną ze ścian budowli. Stanęła koło mnie, abym nie miał możliwości osunięcia się na ziemię, zważając na stan mojego ciała. Oparłem głowę na jej ramieniu. Czy robiłem to świadomie? Nie wiem, ale Livia nie protestowała. Może dlatego, że byłem pijany, a może już nie miała siły aby cokolwiek zrobić. Zamknąłem oczy wdychając przyjemny zapach jej perfum. Wiatr delikatnie muskał nasze twarze przy okazji rozwiewając włosy dziewczyny.
-Masz bardzo ładne perfumy - wymamrotałem prosto do ucha blondynki.
-Dzięki, ale nie mogę powiedzieć tego samego o twoich o zapachu whisky pomieszanego z Bóg wie czym - odpowiedziała spokojnie wzdychając.
Staliśmy tak w milczeniu dobre piętnaście minut. Po tym czasie nadjechał Ross oświetlając reflektorami auta miejsce, w którym staliśmy. Blondyn zaparkował tuż obok nas i nie gasząc silnika wysiadł z wozu i podszedł do nas.
-Przepraszam, że musiałaś czekać, coś ważnego mnie zatrzymało.
-Nic się nie stało, kilka minut mnie nie zbawiło - odpowiedziała Livia, lekko się uśmiechając do mojego brata.
-To ja przejmuję tego cielaka - rzucił młody podchodząc do nas. -Chodź stary - chwycił mnie za rękę i przerzucił ją przez swoje ramię.
Ledwo wlokłem swoje ociężałe nogi. Miałem wrażenie, że kto przywiązał mi jakieś ciężarki do kostek, które uniemożliwiały mi swobodne poruszanie się. Nie oszukujmy się, tymi ciężarkami były procenty, które dzisiejszej nocy wtargnęły do mojej krwi.
-Dzięki Livia, że zaopiekowałaś się nim - powiedział Ross gdy już wsiadał do auta i uniósł swą dłoń w geście pożegnania. Kątem oka zdążyłem zobaczyć jak Livia odchodzi w stronę swojego samochodu.
Oparłem głowę o szybę, a moje oczy powoli się zamykały. Czułem nieprzyjemny ucisk w żołądku, ale nie wiem czy on był spowodowany. Dziwię się, że ja cokolwiek pamiętam i jako tako jestem w stanie kontaktować.
-Riker... - zaczął Ross wyrywając mnie z zamyślenia -...musimy pogadać.
Oj my już sobie pogadamy...
______________________________________________
Witajcie kochani, przybywam ze świeżutkim rozdziałem i mam ogromną nadzieję że się spodobał :)
Nie będę tu dużo pisać, bo i co mam pisać, więc trzymajcie się i do następnego rozdziału :*
Staliśmy tak w milczeniu dobre piętnaście minut. Po tym czasie nadjechał Ross oświetlając reflektorami auta miejsce, w którym staliśmy. Blondyn zaparkował tuż obok nas i nie gasząc silnika wysiadł z wozu i podszedł do nas.
-Przepraszam, że musiałaś czekać, coś ważnego mnie zatrzymało.
-Nic się nie stało, kilka minut mnie nie zbawiło - odpowiedziała Livia, lekko się uśmiechając do mojego brata.
-To ja przejmuję tego cielaka - rzucił młody podchodząc do nas. -Chodź stary - chwycił mnie za rękę i przerzucił ją przez swoje ramię.
Ledwo wlokłem swoje ociężałe nogi. Miałem wrażenie, że kto przywiązał mi jakieś ciężarki do kostek, które uniemożliwiały mi swobodne poruszanie się. Nie oszukujmy się, tymi ciężarkami były procenty, które dzisiejszej nocy wtargnęły do mojej krwi.
-Dzięki Livia, że zaopiekowałaś się nim - powiedział Ross gdy już wsiadał do auta i uniósł swą dłoń w geście pożegnania. Kątem oka zdążyłem zobaczyć jak Livia odchodzi w stronę swojego samochodu.
Oparłem głowę o szybę, a moje oczy powoli się zamykały. Czułem nieprzyjemny ucisk w żołądku, ale nie wiem czy on był spowodowany. Dziwię się, że ja cokolwiek pamiętam i jako tako jestem w stanie kontaktować.
-Riker... - zaczął Ross wyrywając mnie z zamyślenia -...musimy pogadać.
Oj my już sobie pogadamy...
______________________________________________
Witajcie kochani, przybywam ze świeżutkim rozdziałem i mam ogromną nadzieję że się spodobał :)
Nie będę tu dużo pisać, bo i co mam pisać, więc trzymajcie się i do następnego rozdziału :*
komentujesz=motywujesz
/Alex

