poniedziałek, 19 października 2015

Rozdział 7

Riker
Wszystkich wywiało z domu. Rydel gdzieś poszła z koleżankami, Ryland poszedł do kina, a o Rossie i Rockym lepiej nie wspominać. Siedziałem sam w pustym domu. Dziś nawet rodzice nas nie odwiedzili. 
W końcu zerwałem się z kanapy, bo naszła mnie myśl aby ich odwiedzić. Wyłączyłem telewizor w którym oglądałem jakich thriller niższej rangi. Zgasiłem światło i ruszyłem do korytarza. Zabrałem swoją skórzaną kurtkę i założyłem trampki, zgarnąłem z szafki klucze od domu. Wyszedłem na zewnątrz, zamknąłem drzwi i ruszyłem do garażu. Wszedłem do ogromnego pomieszczenia, w którym stało mnóstwo aut stojących w dwóch rzędach po lewej i prawej stronie. Podszedłem do niebieskiego Chevroleta Camaro z 1967 roku. Prawdziwe cacko. Wsiadłem do wozu, odrzuciłem kurtkę na siedzenie pasażera i przekręciłem kluczyki w stacyjce. Usłyszałem ryk silnika. Muzyka dla moich uszu. Wrzuciłem pierwszy bieg i opuściłem garaż. Dojechałem do bramy wyjazdowej, która sama się otworzyła. Wyjechałem na ulicę i pognałem w kierunku mieszkania rodziców. Jechałem dość szybko, nie zważałem na ograniczenia, stwierdziłem, że to tylko obrzeża miasta, więc nikt mi nic nie zrobi.
Nie pomyliłem się. Zwolniłem dopiero wtedy, kiedy wjechałem do centrum. Nowy York wieczorem wyglądał urokliwie. Wszędzie było bardzo kolorowo, dzięki różnemu oświetleniu. Mieszkanie rodziców było niewielkie. Mały, drewniany domek, stojący na niewielkiej działce, lecz gdyby się dokładnie przyjżeć, możnaby stwierdzić, że w tym wypadku, powiedzenie ''Małe jest piękne'', jest jak najbardziej trafne. Zaparkowałem przy krawężniku i opuściłem auto. Przeszedłem przez otwartą furtkę i dotarłem na szczyt schodów. Nie pukałem, ani nie dzwoniłem, po prostu bezszelestnie wszedłem do domu. Cichutko zamknąłem za sobą drzwi, odwiesiłem kurtkę i już chciałem iść dalej i zawitać w kuchni, kiedy nagle usłyszałem podniesione głosy rodziców. Podszedłem bliżej, aby lepiej słyszeć. Wiem, to nie grzeczne podsłuchiwać, ale coś mówiło mi, abym nie wychylał się na razie. 
-Tyle razy ci mówiłam, że to się kiedyś stanie, ale ty mnie nigdy nie słuchasz - usłyszałem drżący głos mamy. Wydawała się bardzo zdenerwowana, ale też przejęta.
-Nie wiedziałem, że to może się wydarzyć! Wierzyłem, że jednak to się skończy!
-Ale się nie skończyło! I na pewno nie skończy, a teraz nasze dzieci są w niebezpieczeństwie! - nagle padło z ust mamy. Ciarki przeszły mnie po plecach. O co chodziło? -Mark, musimy mu powiedzieć, bo to może się źle skończyć. Ross i Rocky przyjęli to dość dobrze, Riker też zrozumie.
-Co mam zrozumieć - nie wytrzymałem i wparowałem do kuchni. Wszystko się we mnie gotowało. Kurczowo zaciskałem pięści. Patrzyłem złowrogo na jednego i drugiego z rodziców czekając aż coś powiedzą.
-Riker? Synu, co ty tu robisz? - zapytał zdziwiony, ale też zmieszany tata.
-Przyjechałem odwiedzić rodziców, ale okazuje się że oni coś przede mną ukrywają.
-Kochanie, to nie tak jak myślisz - odpowiedziała mama podchodząc do mnie i łapiąc mnie za rękę. Wyrwałem swoją dłoń z jej uścisku. Nie obchodziło mnie nic innego jak dowiedzenie się tego, co mi zagraża, bo z tego co usłyszałem to ta sytuacja nie jest za wesoła. 
-Synu, rozumiem twoje zdenerwowanie, ale na prawdę nie możesz się teraz o tym dowiedzieć - rzucił tata opierając się dłońmi o blat stołu patrząc na mnie. Po tych słowach mama gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę, posyłając mu zabójcze spojrzenie. Gdyby wzrok zabijał, tata leżał by już martwy.
-Ale dlaczego nie?! Z tego co wiem, grozi mi niebezpieczeństwo, a ty mówisz że nie mogę się dowiedzieć?! - krzyknąłem na ojca. Moja złość z każdą sekundą rosła.
-Nie teraz, Riker. Obiecuję, że dowiesz się w swoim czasie.
-W moim czasie powiadasz, w moim czasie...- zacząłem kręcić się w kółko po pomieszczeniu, drapiąc się po karku i powtarzając co chwila te słowa. -Jasne, w moim czasie... - spojrzałem na ojca -Czyli jak coś mi się stanie lub będę martwy, niech ci będzie - podsumowałem wyrzucając dłonie w górę i wyszedłem z kuchni. Zabrałem kurtkę z wieszaka i opuściłem dom trzaskając drzwiami. Usłyszałem głos mamy, wołający moje imię, ale nie zareagowałem. Wsiadłem do auta, a przez szybę zauważyłem, że rodzice kontynuowali kłótnię. Uderzyłem pięściami w kierownicę. Oparłem głowę o siedzenie i zacząłem wszystko jeszcze raz analizować. Co takiego ukrywali? Jakie niebezpieczeństwo? Muszę się dowiedzieć, a jeśli oni mi nie powiedzą to zrobię to na własną rękę. W końcu któryś z nich musi pęknąć. Trzeba przycisnąć Rossa i Rocky'ego, ale nie teraz. Teraz muszę się wyluzować. 
Przekręciłem kluczyki i z piskiem opon odjechałem sprzed domu. Jechałem rozświetloną ulicą. Rozglądałem się w poszukiwaniu jakiegoś klubu, pubu, baru czy czegokolwiek gdzie mógłbym się napić. Musiałem choć na jakiś czas wypędzić z mojej głowy te wszystkie dręczące mnie myśli.
Padło na pierwszy lepszy pub ''Insomnia''. Trwała tam właśnie dość głośna impreza. Widocznie miejsce cieszyło się popularnością, bo przed wejściem stało sporo osób. Zaparkowałem gdzieś niedaleko i ruszyłem w stronę budynku. Ochroniarz kazał mi pokazać dowód, aby sprawdzić czy jestem pełnoletni i czy mogę spożywać alkohol. Oczywiście mogłem, więc bez problemu mnie wpuścił. Po wejściu uderzyła mnie mocna fala muzyki. Zapach nikotyny pomieszany z wonią alkoholu i różnych perfum, nie należał do najprzyjemniejszych. Z trudem przebrnąłem przez tłum ludzi. Wszyscy tańczyli, pili piwo, drinki - jednym słowem, każdy alkohol jaki tu sprzedawali. 
Usiadłem przy barze. Od razu podszedł do mnie barman pytając co podać. Postawiłem na tradycyjny alkohol - Jack'a Danielsa z lodem. Chłopak oddalił się, a ja oparłem głowę na zaciśniętej w pięść dłoni, podpierając się łokciem o blat. Rozglądałem się po sali. Obserwowałem tańczących ludzi i obściskujące się pary. Niektórzy potrafili się zachować, ale byli też tacy co zachowywali się po prostu obleśnie. Nie mogłem na to dłużej patrzyć, bo zaczęło mnie mdlić. Odwróciłem wzrok, spoglądając na drugi koniec baru. Spostrzegłem barmankę. Całkiem wysoką, szczupłą dziewczynę, o blond włosach spiętych w wysoką kitkę. Uśmiechała się rozmawiając z jakimś klientem. Chwilę później podszedł do niej chłopak, który mnie obsługiwał. Ze zdenerwowaniem wymachiwał rękoma w różne strony. Coś widocznie wprowadziło go z równowagi. Dziewczyna natychmiast złapała go za ramię i lekko nim wstrząsnęła, próbując przebić się przez słowa wypływające z jego ust. Kiedy go uspokoiła, barman skierował się w stronę ciemno zielonych drzwi, prawdopodobnie prowadzących na zaplecze. W tym momencie blondyna odwróciła się twarzą do mnie a ja zupełnie znieruchomiałem. Jakieś pięć metrów ode mnie stała Livia. Wodziła wzrokiem po półkach z alkoholem. W końcu sięgnęła po Danielsa, przygotowała trunek jak należy i skierowała się w moją stronę, wciąż patrząc na swojego uprzedniego rozmówcę, lekko się uśmiechając i rzucają do niego pojedyncze słowa.
-Proszę bardzo - powiedziała stawiając zamówienie obok mojej dłoni, wcale na mnie nie patrząc.
-Dziękuję, Livio - odpowiedziałem zniżając głos. Dziewczyna gwałtownie odwróciła się w moją stronę. Gdy w końcu mnie rozpoznała, wesoło się uśmiechnęła.
-Riker?! Miło cię widzieć - rzuciła entuzjastycznie -Co cię do nas sprowadza?
-Czasami człowiek potrzebuje jakiejś odskoczni od codzienności i problemów, które dotykają każdego.
-Teraz to strzeliłeś filozoficzną myśl - roześmiała się dziewczyna. -Ale muszę przyznać ci rację.
-Taa...- mruknąłem patrząc się tępo w szklankę, obracając ją między palcami. Korciło mnie aby rzucić nią o ścianę i rozładować emocje. Moja wściekłość nie znała granic. Nie radziłbym nikomu mnie dziś drażnić.
-Oj, ktoś tu jest nie w sosie...
-I to bardzo nie w sosie - odburknąłem dalej nie patrząc na Livię. 
-Spoko, ale mógłbyś być trochę milszy dla mnie.
-Nie, nie mógłbym - spojrzałem na nią ''spod byka''. -A tak w ogóle ty to kto? Obama?
-Próbuję być miła i jakoś staram poprawić ci humor, a ty na mnie warczysz. Jak sobie chcesz...-rzekła widocznie dotknięta moimi słowami. Zacząłem żałować, minimalnie ale żałować.
-Hej, poczekaj - próbowałem zatrzymać odchodzącą dziewczynę.
-Daruj sobie - oburknęła nawet się nie odwracając. Brawo debilu.
Chwyciłem szklankę i za jednym zamachem wypiłem całą jej zawartość. W tym momencie powrócił ten sam chłopak, który niedawno gdzieś się oddalił. Zawołałem go unosząc do góry dłoń i zamówiłem kolejną kolejkę. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem że w lokalu zrobiło się jeszcze ciaśniej. Po chwili moja szklanka znów świeciła pustkami.
-Barman! - znów zawołałem chłopaka? Młody skończył obsługiwać jakiegoś gościa w garniturze i podszedł do mnie.
-Co podać? - spytał.
Zastanowiłem się chwilę.
-Whisky - w końcu wydobyłem z siebie. Chłopak sięgnął po szklankę.
-Chyba się nie zrozumieliśmy...- mruknąłem, a barman spojrzał na mnie niepewnie -...butelkę whisky - dokończyłem.
Młody zastygł ze zdziwienia, ale kiedy ponagliłem go morderczym wzrokiem, po chwili moja zamówienie stało tuż przede mną.
 I tak się zaczęło. Szklanka za szklanką, aż butelka zrobiła się pusta. Czułem pilną potrzebę utopienia całej złości, żalu i niezrozumienia w alkoholu. I co z tego, że powoli zapominałem kim jestem? Przecież po to tu przyszedłem, aby zapomnieć choć na ten jeden wieczór. Po jakiejś godzinie nawet nie zwracałem uwagi na to co barman mi dawał, piłem wszystko co otrzymywałem. Traciłem jakąkolwiek kontrolę wraz z kolejnymi łykami trunku. 
-Riker, opanuj się - usłyszałem kobiecy, delikatny ale stanowczy głos. Uniosłem swoją ledwo przytomną głowę i ujrzałem tą samą blondynę, którą wcześniej potraktowałem dość chłodno. Patrzyła na mnie z politowaniem.
-A ty co? Matka Teresa? - zamierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu.
-Jesteś pijany, powinieneś jechać do domu.
-"Jesteś pijany, jesteś pijany" - zacząłem ją przedrzeźniać. Łatwo jej tak mówić, bo nie wie o co chodzi. -Wiesz co? Powinnaś zmienić pracę albo się napić, może wtedy byś wyluzowała - odgryzłem się dziewczynie, wiedziałem co robię....a może nie wiedziałem?
-Potrafię się wyluzować nawet bez tego.
-Hmmm....doprawdy? - mruknąłem przechylając szklankę i wlewając jej zawartość do ust, przy czym lekko się krzywiąc.
-Dobra, koniec zabawy. Dzwonię po Rydel - zagroziła mi po czym wyjęła telefon i spojrzała na mnie, jakby czekała na jakikolwiek sprzeciw.
-Szkocka razy dwa! - krzyknąłem w kierunku drugiego barmana unosząc gwałtownie dłoń w górę. Postanowiłem zignorować Livię. Niech se robi co chce, mnie to nie interesuje. Może nawet zadzwonić do prezydenta, albo papieża. Dziś chcę być wolny i nikt mi w tym nie przeszkodzi. Kątem oka zobaczyłem blondynkę trzymającą w dłoni telefon, minę miała nie wesołą, czyżby ktoś nie odbierał? No i bardzo dobrze.
Mijały kolejne minuty, a mój umysł stawał się coraz bardziej nieobecny. W pewnym momencie nawet muzyka puszczana przez DJ'a stała się cichsza, jakby chciała wedrzeć się do mojej głowy, lecz mój mózg stworzył barierę, której nie mogła pokonać. W końcu doszło do tego, że ludzie zaczęli słuchać o moich zapasach w lodówce. Dwie kobiety dowiedziały się ode mnie o prawdopodobnej inwazji kosmitów, ale zapewniłem je że Thor i inni Avengersi uratują nas przed nimi a my będziemy żyć długo i szczęśliwie. Gdy upojenie alkoholowe doszło do punktu kulminacyjnego zacząłem widzieć podwójnie a nawet potrójnie i myślałem, że tańczę z Kopciuszkiem i Rihhaną, a siedem krasnoludków polewa mi kolejkę. Traciłem pamięć, zmysły i samokontrolę, ale czy nie o to mi chodziło, gdy siadałem przy tym barze? Czy nie chciałem zapomnieć o tym co dowiedziałem, a raczej czego się nie dowiedziałem w domu rodziców? Chciałem utopić wszelką nienawiść i żal, a mój plan jak najbardziej realizował się.
Poczułem chęć zatańczenia. Ociężale podniosłem się z miejsca i już chciałem podejść do jakiejś dziewczyny, kiedy postawiłem jeden krok, a moje ciało z powrotem opadło na krzesło. Gwałtownie upadłem na siedzenie, przy czym zrzuciłem szklankę, która rozbiła się na drobne kawałki. Najpierw mój mózg przestał normalnie pracować, a teraz moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Moja głowa spoczęła na ramionach, które ułożyłem na blacie barku. W tym momencie nie miałem ochoty na nic, nawet na picie. Momentalnie poczułem chęć snu. Moje oczy same się zamykały, nie miałem na to wpływu.
-Impreza się skończyła - usłyszałem dość głośny głos tuż przy moim uchu. Nie byłem w stanie stwierdzić do kogo on należał, ale ten ktoś spowodował, że moja głowa była bliska eksplozji. - Ross już tu jedzie, więc podnieś się bo nie mam zamiaru cię nieść.
I wszystko stało się jasne. To znowu ona. Złośliwa, trochę ciekawska i wkurzająca. Nie dawała za wygraną, ale tak na prawdę to po co ona się mną interesowała? Gdyby mnie ktoś potrącił, to raczej jakbym nie musiał to bym nie interesował się tą osobą, a ona robi wszystko na odwrót. Nie potrzebuję jej pomocy, ja jej pomogłem bo to był mój obowiązek, a ona nie musi nic dla mnie robić.
-Riker, idziesz czy będziesz tu tak leżał? - spytała po raz kolejny, ale tym razem o wiele łagodniej. Pokręciłem głową i mruknąłem coś niezrozumiale. Stwierdziłem, że wstanę bo nie chciałem słuchać więcej jej próśb, czy jak to tam nazwać. Nie miałem już nic do stracenia, bo właśnie wyparował ten błogi stan, którego tak bardzo nie chciałem tracić. 
Z trudnością stanąłem na nogi spotykając się ze spojrzeniem Livii, które wyrażało pogardę i lekkie współczucie jednocześnie. Zachwiałem się, ale postawiłem kilka kroków do przodu. Ucieszyłem się, że jakoś jestem w stanie iść, ale jak to mówią: ''nie chwal dnia przed zachodem słońca''. Za późno. Momentalnie moje nogi zrobiły się jak z waty i w jednej chwili runąłem prosto na idącą przede mną blondynkę. Usłyszałem tylko cichy jęk, a potem dziewczyna zepchnęła mnie z siebie. Stanęła nade mną otrzepując ubranie, chwilę na mnie patrzyła a potem złapała mnie za ramiona w celu postawienia na nogi. Było ciężko, ale z moją małą pomocą udało się. Chwyciła moją rękę i przewiesiła ją na swoje ramię, po czym skierowała się w kierunku wyjścia. 
-Ciężka noc? - rzucił do blondynki wysoki, umięśniony ochroniarz stojący przy drzwiach.
-A żebyś wiedział - wysapała dziewczyna. Już ostatkiem sił podtrzymywała mnie. Mimo wszystko byłem jej wdzięczny. Znała mnie jakieś 2-3 dni, a tak się przejęła moim dzisiejszym stanem. A może po prostu już taka jest? Taką dobrą duszą dla ludzi?
-Może ci.... - facet nie zdążył dokończyć, kiedy blondynka mu wpadła w pół zdania.
-Nie dzięki, dam sobie radę. Na zewnątrz czeka jego brat.
-Jak sobie życzysz -  odpowiedział z lekkim uśmiechem, po czym otworzył nam drzwi. Osobiście, to niezły burak z niego. Zamiast się głupio pytać, powinien pomóc Livii. Po pierwsze to kobieta, której trzeba pomóc, a po drugie ta właśnie kobieta, tachała na ramionach faceta, na dodatek zalanego jak szpak.
Opuściliśmy klub za co zacząłem dziękować, ale nie wiem czy Bogu czy blondynce. Oddychałem głęboko starając się przyzwyczaić do świeżości powietrza, w końcu wewnątrz budynku nie było ono tak czyste i przyjemne dla moich dróg oddechowych. Parking przed budynkiem był opustoszały, nie licząc kilku aut najprawdopodobniej należących do pracowników klubu. 
-Jeszcze go nie ma - w końcu odezwała się dziewczyna, po czym oparła mnie o jedną ze ścian budowli. Stanęła koło mnie, abym nie miał możliwości osunięcia się na ziemię, zważając na stan mojego ciała. Oparłem głowę na jej ramieniu. Czy robiłem to świadomie? Nie wiem, ale Livia nie protestowała. Może dlatego, że byłem pijany, a może już nie miała siły aby cokolwiek zrobić. Zamknąłem oczy wdychając przyjemny zapach jej perfum. Wiatr delikatnie muskał nasze twarze przy okazji rozwiewając włosy dziewczyny.
-Masz bardzo ładne perfumy - wymamrotałem prosto do ucha blondynki.
-Dzięki, ale nie mogę powiedzieć tego samego o twoich o zapachu whisky pomieszanego z Bóg wie czym - odpowiedziała spokojnie wzdychając. 
Staliśmy tak w milczeniu dobre piętnaście minut. Po tym czasie nadjechał Ross oświetlając reflektorami auta miejsce, w którym staliśmy. Blondyn zaparkował tuż obok nas i nie gasząc silnika wysiadł z wozu i podszedł do nas. 
-Przepraszam, że musiałaś czekać, coś ważnego mnie zatrzymało.
-Nic się nie stało, kilka minut mnie nie zbawiło - odpowiedziała Livia, lekko się uśmiechając do mojego brata.
-To ja przejmuję tego cielaka - rzucił młody podchodząc do nas. -Chodź stary - chwycił mnie za rękę i przerzucił ją przez swoje ramię. 
Ledwo wlokłem swoje ociężałe nogi. Miałem wrażenie, że kto przywiązał mi jakieś ciężarki do kostek, które uniemożliwiały mi swobodne poruszanie się. Nie oszukujmy się, tymi ciężarkami były procenty, które dzisiejszej nocy wtargnęły do mojej krwi.
-Dzięki Livia, że zaopiekowałaś się nim - powiedział Ross gdy już wsiadał do auta i uniósł swą dłoń w geście pożegnania. Kątem oka zdążyłem zobaczyć jak Livia odchodzi w stronę swojego samochodu.
Oparłem głowę o szybę, a moje oczy powoli się zamykały. Czułem nieprzyjemny ucisk w żołądku, ale nie wiem czy on był spowodowany. Dziwię się, że ja cokolwiek pamiętam i jako tako jestem w stanie kontaktować.
-Riker... - zaczął Ross wyrywając mnie z zamyślenia -...musimy pogadać.
Oj my już sobie pogadamy...

______________________________________________
Witajcie kochani, przybywam ze świeżutkim rozdziałem i mam ogromną nadzieję że się spodobał :)
Nie będę tu dużo pisać, bo i co mam pisać, więc trzymajcie się i do następnego rozdziału :*
komentujesz=motywujesz
/Alex

poniedziałek, 28 września 2015

Rozdział 6

Livia
Szybko odsunęłam się od okna i zasunęłam rolety. Serce biło mi jak oszalałe. Właśnie sobie uświadomiłam, że ktoś mnie obserwuje. Próbowałam znaleźć w mojej głowie odpowiedź na pytanie: ''Dlaczego to robi'', ale nie miałam żadnego pomysłu. Przecież nikomu się nie naraziłam, nigdy nie pakowałam się w kłopoty i nie szukałam zaczepki, więc czego ten ktoś ode mnie chce? Ta świadomość, że nie jestem w pełni bezpieczna, była nieznośna. W moim umyśle zaczęły się pojawiać najczarniejsze scenariusze i wręcz chore myśli. Musiałam się ich pozbyć. 
Spojrzałam na budzik stojący na szafce nocnej. Wskazywał godzinę 22:16. Postanowiłam iść pod prysznic i się odświeżyć. Zabrałam z komody czystą bieliznę i piżamy leżące na łóżku. Nie musiałam opuszczać mojej sypialni, aby dostać się do toalety, ponieważ w moim pokoju były drzwi prowadzące bezpośrednio do łazienki. Weszłam do pomieszczenia. Rozebrałam się i spięłam moje włosy w ciasny kok na środku głowy, gdyż nie chciałam ich moczyć. Weszłam pod prysznic. Krople wody spływające po moim ciele dawały mi ukojenie i pozwalały zapomnieć na chwilę o dręczącym mnie problemie. W końcu nie zaprzątałam sobie tym głowy, chociaż przez chwilę. Ale każda chwila się kiedyś kończy. Wyszłam spod prysznica, wytarłam się ręcznikiem i okryłam się ciepłym, mięciutkim szlafrokiem w kolorze bieli. Podeszłam do lustra i przetarłam je dłonią, gdyż zaparowało. Rozpuściłam swoje włosy i dokładnie rozczesałam szczotką. Następnie zmyłam makijaż i umyłam zęby. Z niechęcią zdjęłam szlafrok i ubrałam się w pidżamę, po czym opuściłam pomieszczenie. Wczłapałam się na swoje łóżko, poprawiłam poduszkę i przykryłam się kołdrą. Wzięłam swojego laptopa i ułożyłam go na swoich kolanach. Zaczęłam przeglądać Facebook'a. Jessica dodała nowe zdjęcia z ostatniej imprezy u Sary, która była...wczoraj. Nawet nie dostałam zaproszenia. No cóż, widocznie zapomniały o mnie. Jess nie odzywała się od miesiąca, a może i dłużej. Od kiedy znalazła sobie jakiś nowych kumpli, mnie odstawiła na tor boczny. Mam wrażenie, że gdy jeszcze dzwoniła lub pisała to robiła to z ''obowiązku względem przyjaciółki''. To smutne. Znamy się już dobrych parę lat, a tu nagle pojawia się kilka osób, które sprawiają że z każdym kolejnym dniem, coraz bardziej się od siebie oddalamy. 
Obejrzałam wszystkie fotki. Z tego co zobaczyłam wywnioskowałam, że był niezły melanż. W sumie to nawet dobrze, że nie dostałam tego zaproszenia, bo przecież miałam wypadek. A z drugiej strony, skąd mogłam wiedzieć że ktoś mnie potrąci? Nawet gdyby to się nie zdarzyło to i tak bym pewnie nie poszła.
Opuściłam profil Jess i wylogowałam się z portalu. Ochota na Facebook'a właśnie mi przeszła. Wyłączyłam laptopa i położyłam go przy łóżku. W tym samym momencie dostałam kolejnego sms'a. Nie wiem dlaczego, ale intuicja podpowiadała mi od kogo on jest. Odblokowałam telefon i otworzyłam wiadomość: ''Kolorowych snów :*'' Tak brzmiała jej treść. Moja intuicja nie myliła się. Odłożyłam komórkę na szafkę. Odwróciłam się na drugi bok i starałam zasnąć, choć myśl o tych wszystkich sms'ach nie dawała mi spokoju. W końcu po godzinie udało mi się odpłynąć do krainy Morfeusza.

Riker
Obudziłem się w środku nocy. Poczułem pragnienie i zmusiłem swoje zmęczone ciało do opuszczenia łóżka. W drodze na dół, oświetlałem sobie przejście telefonem, gdyż nie chciałem zapalać światła, bo mógłbym kogoś obudzić.  Dotarłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę, wyjąłem z niej pierwszy lepszy sok i nalałem sobie pełną szklankę. Wypiłem wszystko ''duszkiem'' i nalałem jeszcze pół szklanki.Gdy skończyłem, odstawiłem karton na swoje miejsce, a szklankę postawiłem na blacie. Odwróciłem się w stronę z której przybyłem. Cichutko i delikatnie stawiłem nogi na podłodze, bojąc się o każde skrzypnięcie. Gdy byłem już u stóp schodów, usłyszałem jakieś odgłosy dochodzące z zewnątrz. Postanowiłem sprawdzić co to takiego i przy okazji sprawdzić czy drzwi wejściowe są zamknięte na klucz. Wychyliłem się zza ściany i ruszyłem w stronę wyjścia z mieszkania, wcześniej biorąc wazon stojący na szafce obok schodów. Podszedłem bliżej i dyskretnie wyjrzałem przez szybkę w drzwiach. Jezdnię oświetlała jedna z lamp ulicznych ciągnących się wzdłuż całej ulicy. Jej światło prawie całkowicie padało prosto na nasz podjazd. Moją uwagę zwróciły trzy postacie. Wysokie i umięśnione. Z pewnością byli to mężczyźni. Dwóch stało na przeciwko tego trzeciego. Sądzę że byli ubrani na czarno i mieli na głowach kaptury, które zasłaniały im twarze. Trzeci nie był aż tak umięśniony, miał na sobie zwykłe dżinsy i białą koszulkę. Na nogach miał czarne trampki, a jego jasne włosy były w zupełnym nieładzie...zaraz, ten gość to przecież...Ross! Wiedziałem że ta sylwetka kogoś mi przypomina, ale chwila...co on tam robi?! *zerknąłem na telefon* Przecież jest już 02:23! Stałem tam jeszcze przez dobre 10 minut i obserwowałem ich. Chciałem coś usłyszeć, o czym rozmawiają ale pomimo grobowej ciszy panującej wokół, nic nie słyszałem. Jeden z zakapturzonych facetów podał  dyskretnie coś mojemu bratu. Następnie wszyscy rozeszli się. Gdy zobaczyłem że Ross zmierza do domu, szybko się wycofałem. Nie chciałem żeby mnie zobaczył. Wspiąłem się po schodach i wróciłem do swojej sypialni. Położyłem się do łóżka i dołożyłem telefon na szafkę. W tym momencie usłyszałem otwierające się drzwi. Ross wszedł do domu. Przekręcił klucz w zamku i ruszył schodami na piętro. Wytężyłem słuch jeszcze bardziej, ale usłyszałem tylko zamykające się drzwi sypialni mojego brata. Odkręciłem się w stronę ściany, nakryłem kołdrą i wtuliłem w poduszkę. Już prawie spałem, ale do moich uszu dobiegł dźwięk otwierających się drzwi na przeciwko. Oznaczało to, że Rocky opuścił swój pokój. Wyraźnie słyszałem, że wszedł do pokoju obok, czyli do Rossa. Słyszałem przyciszone głosy. Pomimo tego, że szeptali wyraźnie panowało pomiędzy nimi napięcie. Po około 15 minutach rozmowy, Rocky opuścił pokój brata i wrócił do siebie. Zamknąłem oczy próbując zasnąć, ale myśl o zaistniałej przed chwilą sytuacji nie dawała mi spokoju. W końcu moje oczy powoli zamknęły się.

Livia
Podążałam zatłoczoną uliczką, mijając kolejne nieznajome twarze. Poprawiałam dłonią swoje blond włosy, ale chłodny wiatr co chwila je rozwiewał. Szłam w nieznanym kierunku, wiedziałam tylko, że jestem w miejscu z dzieciństwa. W Polsce. Przystanęłam na chwilę wpatrując się w witrynę jednego ze sklepów ciągnących się wzdłuż uliczki. Piękna suknia na manekinie przykuła moją uwagę. Płomienna czerwień przeplatająca się z głęboką czernią i delikatna koronka, sprawiały wrażenie że sukienka wydawała się idealna. Jakby uszyta tylko dla mnie. Podeszłam bliżej, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Nagle mój wzrok przeniósł się na ''dłoń'' manekina, na której przywiązana była biała karteczka. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam cenę. 750 złotych. I w tym momencie urok sukni prysł. Westchnęłam ciężko i odwróciłam się przed siebie, wciąż spuszczając wzrok. Postawiłam jeden krok i uniosłam głowę. Przede mną, nie wiadomo skąd, wyrosła zakapturzona postać. Był to wysoki, muskularny mężczyzna. Nie widziałam jego twarzy, gdyż zakrywał ją kaptur, ale zdołałam ujrzeć jego przenikliwe, błyszczące i pełne zła oczy. Spojrzał na mnie chłodnym wzrokiem. Obejrzałam się w prawo i lewo. Dopiero wtedy zauważyłam, że zatłoczone dotąd uliczki, opustoszały, a górujące słońce w jednej chwili zniknęło. Moje oczy nie zarejestrowały ani żywej duszy. Przeraziłam się, a moje ciało przebiegł dreszcz. Znowu spojrzałam na faceta. Jego dłonie,  które do tej pory spoczywały w kieszeniach bluzy, spoczęły na moich ramionach mocno się zaciskając. Jęknęłam z bólu. Bez chwili namysłu stanęłam obcasem na nogę tego człowieka i rzuciłam się do ucieczki. Biegłam przed siebie zupełnie nie wiedząc dokąd zmierzam. Myślałam tylko o tym aby uciec temu człowiekowi.
Wbiegłam w wąską uliczkę. Wokół zapanowała ciemność, prawie nic nie widziałam. Obejrzałam się za siebie. Nikogo na szczęście nie zobaczyłam. Zdołałam uciec. Odetchnęłam z ulgą, uśmiechając się pod nosem. Przeczesałam dłonią swoje rozczochrane włosy. Nagle poczułam uścisk na swoim ramieniu...

-Livia...Livia wstawaj - usłyszałam głos. Wyraźnie usłyszałam głos Cassii, potrząsającej moim ramieniem.
-Mmmm....- mruknęłam zaspana.
-Wstawaj! Wiesz która jest godzina? Nie wygłupiaj się.
Zerwałam się do pozycji siedzącej. Tak zawsze najlepiej mogłam się rozbudzić po głębokim śnie.
-Musiałaś mieć jakiś koszmar, bo jak weszłam do pokoju to wierciłaś się na wszystkie strony łóżka, mamrocząc coś pod nosem - w tym momencie przypomniało mi się wszystko: Polska, czerwono - czarna suknia, zakapturzona postać, ciemna uliczka...Na szczęście wszystko to okazało się być tylko głupim, nieprawdziwym koszmarem.
Przetarłam oczy i podrapałam się po głowie. Spojrzałam w stronę okna, ale szybko odwróciłam wzrok. Cassia odsłoniła rolety, blask słońca wpadał przez szyby i oślepiał mnie, więc starałam się nie patrzeć w tamtą stronę. Szybko wstałam i ubrałam pierwsze lepsze ciuszki, którymi okazały się szare jeansy i czarna koszulka. Wpadłam do łazienki, obmyłam twarz zimną wodą aby się rozbudzić, przeczesałam włosy szczotką. Zrobiłam delikatny makijaż, pod którym ukryłam paskudnego siniaka, który towarzyszył mi od wczorajszego zdarzenia. Opuściłam pomieszczenie i zbiegłam po schodach na dół do kuchni. Usiadłam przy stole, na którym stał już posiłek. Dziś na śniadanie były kanapki. Wzięłam jedną z serem i zaczęłam jeść. Co jakiś czas brałam łyk ciepłej herbaty. 
-Lepiej się pospiesz, bo się spóźnisz - usłyszałam głos Cassi wchodzącej do kuchni.
-Nie strasz mnie kobieto - rzekłam do brunetki i uśmiechnęłam się wesoło, na co siostra odpowiedziała tym samym.
Dopiłam herbatę i odstawiłam kubek oraz talerz do zlewu. Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. 12:35. Ruszyłam w stronę wyjścia. Założyłam swoje krótkie, czarne kozaczki na lekkim obcasie, granatowy płaszcz i owinęłam szyję czarno-białą chustą. Opuściłam dom i ruszyłam w stronę mojej granatowej Toyoty Celicy. Był kolejny chłodny dzień września. Słońce, które rano gościło na niebie, obecnie zniknęło gdzieś za kłębiastymi, szarymi chmurami, które przykryły niemal całe niebo. Wsiadłam do auta i ruszyłam w stronę galerii. Planowałam małe zakupy. Chciałam kupić sobie coś ładnego, bo dawno nic nowego nie pojawiło się mojej szafie.
Po około 30 minutach jazdy dotarłam na miejsce. Był to dość duży czarny budynek. Jego ściany przecinała duża ilość okien, które przylegały ciasno do siebie. Można by powiedzieć że budowla była praktycznie cała szklana, po za elementami nad wejściem i między piętrami.Wokół galerii było dużo zieleni. Wszędzie drzewa i krzewy, co jakiś czas pojawiały się wysokie lampy oświetlające chodniki. Po środku placu znajdowało się niewielkie jeziorko. Nad jego brzegiem stały brązowe ławeczki, a nad powierzchnią zbiornika wodnego biegł drewniany, łukowaty most. Przyglądałam się przez chwilę temu urokliwemu miejscu, po czym ruszyłam się i weszłam do środka. 
Po przekroczeniu progu galerii, poczułam delikatne ciepło dotykające każdy skrawek mojego ciała. Rozejrzałam się po budynku i zauważyłam, że wcale nie było takie tłoku jakiego można było się spodziewać. W końcu duża liczba osób to wizytówka takich miejsc. Postawiłam pierwsze kroki w kierunku ruchomych schodów, prowadzących na kolejne piętro. Gdy wjechałam na górę ruszyłam w kierunku mojego ulubionego sklepu. Do H&M zawsze chodziłam z Jessicą. W końcu doszło do tego, że zaczęliśmy traktować to jak jakiś rytuał, czy coś w tym stylu, ale to było kiedyś, wydaje się że całe wieki temu, ale zaledwie od trzech  miesięcy nie byłyśmy nigdzie razem. Miałam nadzieję, że nie spotkam jej w tym miejscu, bo na prawdę nie miałam ochoty z nią rozmawiać, a tym bardziej z jej kumplami. 
Zaczęłam penetrować każdą część sklepu w poszukiwaniu czegoś co by mi się podobało. Chodziłam z jednej części butiku do drugiej, słuchając najnowszych przebojów Rihanny czy Lady Gagi, lecących w radiu. Już myślałam że nic ciekawego nie znajdę, gdy w końcu w moje ręce wpadła urocza, czarna bluzka z kwiecistym nadrukiem. Nie chciało mi się chodzić do przymierzali, więc wybrałam swój rozmiar i nie przymierzając ubrania podeszłam do kasy. Za ladą stała niska szatynka, w okularach i mnóstwem piegów na okrągłej twarzy. Wzięła do ręki bluzkę, którą wcześniej jej podałam. Czytnikiem kodów kresowych sprawdziła cenę zakupu i nabiła go na kasę, po czym przyjęła ode mnie pieniądze, wydała resztę i wrzuciła paragon do torby z moim zakupem. Rzuciłam krótkie ''Do widzenia'', a kobieta odpowiedziała tym samym życząc mi miłego dnia i zapraszając ponownie. Opuściłam sklep i pomyślałam sobie, że chętnie odwiedzę jeszcze księgarnię, w końcu zawsze to robiłam będąc w galerii. Skierowałam się w prawo i ruszyłam przed siebie. Szłam ze spuszczoną głową, którą zaprzątały mi różne myśli, a szczególnie myśl o anonimowych wiadomościach, które od niedawna zaczęłam dostawać. Wtem usłyszałam jak ktoś za mną woła moje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam Jessicę w towarzystwie jej psiapsiółek. Zaklęłam w myślach. Co za pech! Musiała przyjść akurat do tej galerii, akurat dziś i akurat o tej porze?!
Dziewczyna ubrana w czarny płaszcz i kozaki na dość wysokim obcasie, zbliżyła się do mnie, ukazując szereg białych zębów i przytulia mnie jak niby nigdy nic. Ja stałam jak kołek, lekko zdezorientowana, próbując złapać oddech spod uścisku Jess.
-Co za miłe spotkanie - rzuciła przesłodzonym głosem moja przyjaciółka. Albo raczej była przyjaciółka.
-Tak, niesamowicie miłe - odpowiedziałam sarkastycznie.
-Czemu tak samotnie - spytała po chwili Jessica. 
Spojrzałam na nią znudzonym wzrokiem i wywróciłam teatralnie oczami. Udawała głupią czy w ciągu tych 3 miesięcy, nowe towarzystwo wyprało jej mózg? 
-Nie zapominaj co jest powodem tej samotności - dałam jej jasno do zrozumienia, że nie mam ochoty z nią gadać i lepiej by było jakby się już zmyła. Dziewczyna spojrzała na mnie smutnych wzrokiem i cicho westchnęła. Co przez to chciała pokazać? Że jest jej przykro? No raczej nie sądzę, żeby tak było. Miałam dość jej towarzystwa, więc rzuciłam krótkie ''Cześć'' i odwróciłam się zmierzając przed siebie. Ochota na książki właśnie mi przeszła. 
Opuściłam budynek i udałam się do samochodu. Wygrzebałam z torebki kluczyki i otworzyłam auto. Wsiadłam do niego i odrzuciłam torbę na siedzenie pasażera. Oparłam głowę o siedzenie i zaczęłam myśleć, obracając kluczki między palcami. Zaistniała przed chwilą sytuacja, lekko zburzyła mój wewnętrzny spokój. To dziwne, że osoba bez której kiedyś nie mogłam żyć teraz działała na mnie jak płachta na byka. Nie wiem co bardziej bolało: to, że mnie opuściła, przestała dzwonić, pisać a w końcu odzywać się, czy to, że znalazła koleżanki wśród pustych lalek, z których niegdyś razem się śmiałyśmy. A najgorsze jest to, że nie wiem czemu tak się stało, dlaczego nasza przyjaźń się wypaliła?
Przekręciłam kluczyk w stacyjce i usłyszałam ryk silnika. Wrzuciłam wsteczny i wyjechałam z parkinu na ulicę. Zmieniłam bieg i ruszyłam w stronę pubu, którym pracowałam. 
Jechałam ze stałą prędkością, śpiewając pod nosem piosenki lecące w radio, rytmicznie stukając paznokciami o kierownicę. Po jakimś czasie, przede mną utworzył się spory korek. Mijały kolejne minuty i nic się nie działo. Co jakiś czas przesuwałam się autem do przodu o kilka metrów. Z niecierpliwością czekałam, na wznowienie ruchu. Odblokowałam swój telefon i zerknęłam na godzinę. Była 14:42. Miałam 18 minut na dotarcie do pracy. Jeśli sytuacja na drodze nie zmieni się, będę spóźniona, a tego bym nie chciała. 
W końcu gdy na wyświetlaczu pojawiła się godzina 14:56, samochody przede mną ruszyły i już się nie zatrzymywały. Jechałam tak szybko, na ile tylko pozwalały mi przepisy. Po 10 minutach stałam już przed pubem. Była to jedna z wielu kamienic ciągnących się wzdłuż ulicy. 
Budynek pomalowany był na czarno. Przez jego duże, łukowate okna widać było wnętrze. Przed pubem stały trzy stoliki z czterema krzesłami przy każdym, a obok stały parasole, obecnie złożone z powodu brzydkiej pogody. Nad masywnymi drzwiami widniała neonowa nazwa pubu ''Insomnia''. 
Przeszłam przez jezdnię, spoglądając w międzyczasie na godzinę. 15:08. Jeszcze nie tak tragicznie, mogło być gorzej, ale fakt że w ogóle się spóźniłam wcale mnie nie pocieszał. Przekroczyłam próg mojego miejsca pracy i szybko skierowałam się na zaplecze, aby się przebrać. Zdjęłam płaszcz oraz chustę, po czym założyłam swój czarny fartuch. Związałam włosy w wysoką kitkę i opuściłam pomieszczenie. W drodze do głównej sali, minęłam gabinet mojego szefa. ''Nie patrz w tę szybę'', mówiłam sobie starając powstrzymać swoją ciekawość. Kątem oka zajrzałam do biura pana Andersona, wciąż idąc przed siebie. Pomimo tego, że zrobiłam to najdyskretniej jak potrafiłam, to zobaczyłam jak szef unosi swoją dłoń i puka palcem w swój zegarek, dając mi do zrozumienia, że zauważył moje spóźnienie. Ze spuszczoną głową zajęłam miejsce za barem. Chwyciłam białą szmatkę i zaczęłam wcierać szklanki, kilkukrotnie obracając je w dłoni. Co chwilę wchodzili klienci, podchodzili do barku i zamawiali, najczęściej piwo. Byli też tacy, co siadali przy stoliku i wlepiali swój wzrok w szyby, myśląc nad różnymi rzeczami. Kevin, mój współpracownik, podchodził do nich i pytał się czy coś sobie życzą. Jak widać moja praca nie należała do najciekawszych. Codziennie przychodziłam tu i od samego początku odliczałam minuty do końca. Dziś czekało mnie ciężkie popołudnie, zważając na duży ruch w pubie i o wiele cięższa noc. Za dnia serwujemy głównie piwo, ale nocą to miejsce zamienia się w tętniący życiem klub, który często ściąga tłumy. Tak głośniej imprezy ''Insomnia'' nie wyprawiała od dawna.

_________________________________________________
Jak widać, reaktywacja mojego bloga. Od kwietnia nic nie dodawałam, bo po prostu chyba straciłam wiarę w siebie....Ale to nic, mam nadzieję że teraz nie przestanę pisać, lecz liczę też na choć gram motywacji z waszej strony :)
-Alex

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 5

Livia
Obudziłam się z wielkim bólem głowy. Ale co tu się dziwić, po wczorajszym zdarzeniu to bardzo możliwe. Rozglądałam się po pokoju Rydel. To bardzo ładne pomieszczenie, takie kolorowe, żywe i gustowne. Znam ją dopiero jeden dzień, ale już teraz bardzo lubię, tak jak Rikera, bo reszty tak na prawdę nie znam. Może dziś nawiążemy jakiś kontakt, wydają się fajną rodzinką.
Powoli wstałam z łóżka, spojrzałam na zegarek który wskazywał godzinę 9:27.
Postanowiłam się ubrać w czyste ubrania...chwila, nie mam czystych ubrań. Kurde...Nie mogę też założyć tamtych bo bluzka jest umazana krwią. Jak Riker we mnie wjechał to uderzyłam się w głowę i rozcięłam sobie łuk brwiowy. No cóż....idę na śniadanie w piżamie. Zeszłam na dół i poszłam do kuchni. Wszyscy siedzieli przy stole, jedli śniadanie i byli normalnie ubrani, tylko oczywiście Livia musiała być w piżamie.
-Ooo....Livia przyszła! Siadaj - zaprosił mnie Ross. Postanowiłam, że poproszę Rydel o coś do ubrania, ale zrobię to po śniadaniu.
Usiadłam pomiędzy Rikerem a Rossem. Wzięłam jedną z kanapek z serem i sałatą leżących na talerzu przede mną i zaczęłam jeść. Potem wzięłam jeszcze jedną,  tym razem z szynką i pomidorem. Wypiłam herbatę, a w między czasie gadałam z chłopakami o różnych rzeczach. Riker przeprosił mnie już ze 153 razy, a dzień się jeszcze nie skończył...Wstałam od stołu, zabrałam mój kubek oraz talerz i wstawiłam do zlewu, obok którego stała pani Lynch. Uśmiechnęła się do mnie i puściła mi oczko. Panie Stormie to bardzo miła kobieta.
-Rydel, mogę cię prosić na słówko? - rzuciłam do dziewczyny po zjedzonym posiłku.
-Jasne.
Wyszłyśmy z kuchni i poszłyśmy do salonu.
-Rydel mam taką małą prośbę. Bo wczoraj po tym wypadku moje ubrania są w krwi...
-Jasne, że ci dam jakieś ciuszki. Chodź idziemy do mnie! - odpowiedziała chociaż nie powiedziałam do końca o co mi chodzi.
Weszłyśmy do sypialni, Rydel podeszła do swojej ogromnej szafy i ją otworzyła a ja zaniemówiłam. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu ubrań! Od koronek po falbany aż do skóry. Było tam dosłownie wszystko.
-Jacie - tylko tyle potrafiłam wydusić.
-No co? Kobieta musi mieć się w co ubrać...
-Oj tak! Tu nie mogę się nie zgodzić.
-No to wybieraj. Możesz wziąć co tylko chcesz.
-No bez jaj. To twoja szafa, ty mi coś wybierz....dziwnie się czuję, nie będę ci grzebać.
-Ale kiedy ci na to pozwalam  to nie jest już grzebanie - rzekła i uśmiechnęła się szeroko.
Stanęłam przed tym ''rajem'' i zaczęłam oglądać. Wszystko dokładnie i po kolei. W końcu wybrałam długie czarne jeansy, białą koszulkę na ramiączka z napisem i krótką granatową bluzę, sięgającą tylko do talii. Zabrałam wszystko i ruszyłam w stronę łazienki,
-Rydel?
-Tak?
-Masz może tusz do rzęs? - spytałam nieśmiało
Dziewczyna wróciła do pokoju, pogrzebała w szufladzie i przyniosła mi to o co prosiłam.
-Trzymaj, masz jeszcze tu błyszczyk. Spokojnie, dopiero co kupiłam i jeszcze go nie używałam - podała mi rzeczy i oddaliła się.
Weszłam do toalety. Ubrałam spodnie, potem koszulkę, a bluzę zawiązałam na biodrach. Obmyłam twarz zimną wodą, zaplotłam moje blond włosy w luźnego warkocza na bok a potem zrobiłam makijaż. Opuściłam pomieszczenie, a na korytarzu wpadłam na Rossa.
-Och...przepraszam - powiedział pospiesznie chłopak i podniósł tusz oraz błyszczyk który upuściłam.
-Nic się nie stało - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. Wyminęłam go i zeszłam na dół po schodach. Odnalazłam Rydel. Była w ogrodzie, leżała na leżaku w pobliżu basenu.
-Dziękuję - powiedziałam oddając dziewczynie kosmetyki.
-Błyszczyk zachowaj - odpowiedziała biorąc jedynie tusz.
-Skoro tak... Chyba będę się zbierać do domu. Cassia pewnie na mnie czeka.
-Juuuuż? - usłyszałam za plecami głos Rikera, który przeciągnął literkę ''u'' tak, że brzmiał jak małe dziecko.
-No niestety.
-To ja cię odwiozę!- krzyknął entuzjastycznie
-Co to to nie - odpowiedziałam z lekkim strachem. Po wczorajszej sytuacji nie chcę widzieć na oczy żadnego samochodu. -A tak serio to przejdę się kawałek dopóki mój brat nie przyjedzie. Jest bardzo ładny dzień, grzech nie korzystać i wozić dupę w aucie - dodałam i roześmiałam się, a Rydel i Riker zawtórowali mi.
-No to do zobaczenia! Ale serio zadzwoń po brata bo do centrum jest jakieś 7 kilometrów- powiedziała blondynka podając kartkę i mocno mnie ściskając.
-Co to za kartka? - spytałam ledwo łapiąc powietrze spod uścisku dziewczyny.
-To są nasze numery telefonu. W razie czego dzwoń o każdej porze dnia! - odpowiedziała gdy już mnie puściła. Potem przytulił mnie Riker.
-Jeszcze raz przepraszam.
-Wiesz, że mówisz to 154 raz? - odpowiedziałam a wtedy chłopak zaczął się śmiać. -No to do zobaczenia.
Weszłam jeszcze do domu, aby pożegnać się z panią Lynch i resztą rodziny. Nie obyło się bez krótkiej pogawędki ze Stormie. Potem opuściłam mieszkanie i udałam się do swojego domu. Co prawda zadzwoniłam po Mike'a, ale zanim on ruszy cztery litery to minie wieczność. Trudno, musiałam jakoś przeżyć, w końcu nie takie odległości się pokonywało.
Minęło jakieś 1,5h od kiedy opuściłam posiadłość Lynchów. Wiał lekki wietrzyk, szłam dość szybkim tempem, słuchałam muzyki lecącej bezpośrednio z telefonu, gdyż nie miałam słuchawek i gdy właśnie leciała jedna z moich ulubionych piosenek ''This is war'' zespołu 30 Seconds of Mars, dostałam sms-a od nieznajomego numeru. Pomyślałam sobie, że to może od Rydel lub Rikera. Odblokowałam komórę i przeczytałam treść SMS-a: ''Lepiej załóż tę bluzę co masz na bioderkach, jeszcze się przeziębisz, a tego nie chcemy...''. To na pewno nie był SMS od  Rydel, Rikera ani nikogo innego z rodziny Lynchów, to nie w ich stylu (przynajmniej tak myślę). Ten SMS musiał przysłać ktoś kto mnie widzi, ale skąd on ma mój numer?! Zaczęłam się gorączkowo rozglądać wokół siebie. Patrzyłam na domy, spoglądałam w okna czy ktoś w nich nie stoi i obserwowałam przydomowe ogrody. Po chwili dostałam kolejną wiadomość: ''Nic ci nie da te rozglądanie się, i tak mnie nie zobaczysz kotku :*''.
 Przeraziłam się, aż przeszły mnie ciarki. Robiło mi się na zmianę zimno i ciepło. Ogólnie jestem odważną osobą, ale muszę przyznać że to mnie na prawdę przestraszyło. Zaczęłam się rozglądać ponownie, ale teraz bardziej dyskretnie. Nagle usłyszałam huk, jakby ktoś uderzył mocno w jakąś blachę. Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Zrobiłam to bardzo, ale to bardzo powoli, nie wiedziałam co mnie czeka. Okazało się, że to jakieś głupie koty szukały jedzenia w śmietnikach i skakały z jednego na drugi robiąc przy tym hałas. Lekko odetchnęłam, ale wolałam nie ryzykować. Postanowiłam zadzwonić do Mike, aby się pośpieszył.
-Mike, proszę cię pośpiesz się, jedziesz już półtorej godziny i dojechać nie możesz - szybko powiedziałam gdy odebrał.
-Oh...wypadło mi coś ważnego, a magiczne słowo?
-Proooszę - specjalnie przeciągnęłam ''o'', aby było bardziej przekonujące. Miałam ochotę na niego krzyczeć, żeby nie bawił się w jakieś podchody, ale gdybym to zrobiła to on a złość mi, specjalnie jechał by jak najwolniej.
-No dobra, gdzie jesteś?
-Emmm...umówmy się, że będę w Starbucks pomiędzy w pobliżu 66 St - Lincoln Center. Podałam ten adres, gdyż już dotarłam do centrum. Tak, przeszłam 7 kilometrów, no ale jeśli ma się brata lenia to nie ma co się dziwić. A mogłam zgodzić się na propozycję Rikera.
-Ok, wiem gdzie to jest, to do zobaczenia.
-Tylko szybko - powiedziałam i rozłączyłam się. Ruszyłam w stronę miejsca spotkania. Byłam na miejscu już po około 10 minutach. Weszłam do lokalu i zamówiłam dwie Latte Macchiato na wynos. Zapłaciłam i wyszłam. Na zewnątrz stał już Mike i czekał w aucie.
 Wsiadłam do samochodu i podałam bratu kawunię.
-Och, dzięki wielkie - podziękował Mike i pocałował mnie w policzek. -No to teraz ja odwiozę cię do domu, bo umówiłem się z chłopakami w warsztacie. A po drodze, porozmawiamy - dodał poważnym tonem. O co mu chodziło?
Ruszyliśmy, przez pierwsze 15 minut nic nie mówił, ale potem...
-No, to pochwal się co zrobiłaś...
-Ale o co ci chodzi?
-Nie udawaj, dobrze wiesz o co - czego on chce? Z każdym kolejnym słowem, co raz bardziej gubiłam się.
-Dobra, możesz jaśniej, bo ja serio nie mam pojęcia co ty pieprzysz.
-Nie dość, że szarżujesz po drogach jak jakiś kierowca rajdowy-amator, to jeszcze potrącasz człowieka! Livia, co ty robisz?! To do ciebie nie podobne. Wiesz co by było gdyby...
-...Gdybyś uważniej słuchał Cassii? Tak, wiem...wiedział byś że to nie ja kogoś potrąciłam, tylko ktoś potrącił mnie! - wykrzyczałam i nagle Mike zatrzymał się na środku, co prawda, pustej ulicy.
-To jakiś żart, prawda?
-Pff...żart to jesteś ty!
-Dobra, jak to się stało?
-No normalnie, przechodziłam przez jezdnię, no dobra nie na pasach...I nagle nadjechał samochód i buuum. Potem obudziłam się w jakimś domu. Okazało się, że ten chłopak zaopiekował się mną.
-Ma gnój szczęście.
-Dobra, uspokój się i zawieź mnie do domu.
Po 4 godzinach byliśmy już pod domem. Tak, 4 godziny. Mój brat ma na serio nierówno pod sufitem. Prosiłam, aby od razu zawiózł mnie do domu, to nie. Musiał jeszcze jechać do salonu, obejrzeć nowe autka, potem jeszcze gdzieś bo miał się tam spotkać z jakimś kolesiem, który oferował mu sprzedaż swojego samochodu. Tam rozmawiał z nim około 1,5 negocjując i oglądając dokładnie każdy skrawek samochodu. Już myślałam że wyjmie linijkę i zacznie mierzyć grubość opon. Na koniec pojechał jeszcze do warsztatu, chociaż miał to zrobić później. Wysiadłam z auta i pobiegłam do domciu. Okazało się, że było już grubo po 21:00. 
 Weszłam do środka i ruszyłam w stronę kuchni. Tak jak myślałam, Cassia tam była i znowu coś pichciła.
-Hej, siostra, co robisz? - spytałam podchodząc do niej i przytulając się.
-Robię ciasto. Dostałam dziś przepis od Inez. Mówię ci, ono jest tak pyszne, że jesz i nie możesz przestać.
-Wszystko co z twoich rąk wychodzi jest pyszne.
-A jak się czujesz, nic cię nie boli?
-Nie, Riker i jego rodzina bardzo dobrze się mną zaopiekowali.
-Cieszę się. Siadaj zaraz zrobię co coś do jedzenia.
-Wiesz, nie jestem specjalnie głodna. Wezmę sobie jogurt - powiedziałam i podeszłam do lodówki. Wzięłam z niej niewielki plastikowy kubeczek i ruszyłam schodami na górę do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku i zaczęłam konsumować. Gdy skończyłam odstawiłam kubek na szafkę nocną i podeszłam do okna. Było już całkiem ciemno. Otworzyłam okno aby posłuchać cykania świerszczy. Oparłam się o parapet i lekko wychyliłam głowę. Naturalna muzyka, piękne gwieździste niebo oraz niesamowicie świeże powietrze. Coś pięknego. Moje ''odpływanie do krainy czarów'' przerwały wibracje w kieszeni. Przyszedł SMS. Wyciągnęłam telefon i odczytałam jego treść. Zamarłam. ''Piękne prawda? Te gwiazd, te świerszcze...cudowne. Wiesz, ładnie wyglądasz. Miłej nocy :*''

________________________________________________________________
Siemaneczko :D Przybywam z nowym rozdziałem! No, co ja tu będę wiele pisać... Mogę wam życzyć miłej niedzieli :) No to do zobaczenia.
Zachęcam do czytania, głosowania w ankiecie ''Czy podoba ci się mój blog?'' no i oczywiście do komentowanie. Proszę komentujcie, bo mam 7 rozdziałów i nawet nie miałam 10 kom. razem wziętych. A wiecie, jak dla mnie, dla nas blogerek jest to ważne. Wtedy wiemy, że ktoś czyta, że robimy to dla kogoś i ten ktoś nas docenia...
Komentujesz = motywujesz

-Alex

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział 4

Riker
To chyba cud, ale po 10 minutach staliśmy już pod domem. Rydel pobiegła do mieszkania, aby otworzyć mi drzwi. Niosłem Livię, nie wiedząc co będzie się działo dalej. A jeśli trzeba będzie odwieźć ją do szpitala? Wolę o tym nie myśleć. Wniosłem dziewczynę do domu i ruszyłem w stronę salonu. Gdy tam wszedłem Ross, Ryland i Will grali na konsoli. Kiedy nas zobaczyli zeszli z kanapy, abym mógł położyć tam Livię.
-Livia?! - rzucił z niedowierzaniem Will. Widocznie musiał ją znać. - Boże, co się stało?
-Jechaliśmy samochodem i jakoś tak wyszło, że jej nie zobaczyłem i potrąciłem ją.
-Jakoś tak wyszło? Chłopie, czy ty się słyszysz?! - chłopak był na prawdę wściekły. -Mogłeś ją zabić idioto!
-Chłopaki, opanujcie się. To nie czas i miejsce na takie zachowania. Livia potrzebuje pomocy - powiedziała Rydel. -Ross, leć po mamę!
Chłopak wyleciał z pokoju jak strzała i po dokładnie kilku sekundach wrócił z rodzicem.
-Jezus Maria, co wyście znowu wyczynili?
-W skrócie potrąciłem ją i ona teraz potrzebuje pomocy.
-To czemu nie zawieziesz jej do szpitala?
-Mamo, a wiesz że za takie coś mogę ponieść poważne konsekwencje?
-Dobrze, spokojnie. Riker, wiem co to może oznaczać, ale nie mamy innego wyjścia, musimy dzwonić po pogotowie. A jeśli ona umrze? Wtedy dopiero będziesz miał kłopoty i to bardzo poważne - mówiła mama. 
Nie docierało to do mnie. Wszyscy na nią patrzyli i nie widzieli co mają powiedzieć.
Blada twarz dziewczyny pozostawała niewzruszona. Jej długie blond włosy ułożyły się idealnie na jej szczupłych ramionach, a bladoróżowe usta były lekko rozchylone. Gdy na nią patrzyłem przechodził mnie dreszcz. Tak bardzo bałem się, że tej dziewczynie stało się coś poważnego. I już nawet nie martwiłem się o to, że poniosę konsekwencje. W tamtym momencie, modliłem się tylko aby się obudziła, aby nic jej nie było. 
Nie pozostało nam nic innego jak czekać, wiem to idiotyzm, że od razu nie zawiozłem jej do szpitala, ale tak bardzo się bałem że pójdę siedzieć. Gdzieś w mojej głowie siedziało również pytanie: ''Co powiedzą ludzie?'', ale starałem się je wyeliminować, bo takie myślenie to egoizm, bo to oznacza, że martwię się tylko o siebie, a tak nie było.
Moje rodzeństwo rozeszło się po pokojach, i tak nie wiedzieli co począć, ja wziąłem krzesło i postawiłem je przy kanapie, tuż obok leżącej Livii, ale nie byłem sam. Will również usiadł obok dziewczyny, lecz z większym odstępem. Mama co jakich czas wpadała aby sprawdzić czy poszkodowana nie odzyskała przytomności. Siedzieliśmy tak około trzech godzin. Żadnemu z nas nawet przez myśl nie przeszło aby iść sobie i zostawić Livię. Wlepiałem swój wzrok w okno. Obserwowałem to co się dzieje na zewnątrz. Co jakiś czas przejeżdżało jakieś auto, od czasu do czasu pojawiał się jakiś rowerzysta albo bezpański pies włóczył się po ulicy. W sumie to trochę mnie to dziwiło. Widocznie myliłem się co do tego, że nie ma tu ludzi. 
Dzień był bardzo ładny, słoneczny i ciepły. Aż chciało się wyjść na dwór aby...
-Wody...- usłyszałem cichutki głosik. Odwróciłem gwałtownie głowę i zobaczyłem, że te słowa wyszły z ust Livii. Dziewczyna miała zamknięte oczy, ale lekko ruszała głową. Spojrzałem przelotnie na siedzącego obok Willa, zerwałem się i szybko pognałem do kuchni. Wyjąłem z szafki szklankę, wlałem do niej wody i wróciłem. Uniosłem lekko głowę dziewczyny, aby ułatwić jej czynność. Livia wzięła kilka łyków i opadła głową na poduszki.
-Livia? Słyszysz mnie? - powiedział Will, który właśnie podszedł do dziewczyny i chwycił ją za rękę.
-Tak - odpowiedziała ledwo słyszalnie.
-Boli cię coś? - spytałem.
-Trochę głowa, ale to normalne po czymś takim. I gwarantuję, że żaden szpital nie jest potrzebny. Nic mi nie jest, ale przydałaby się jakaś tabletka na ten ból jeśli można.
Po tych słowach Rydel, która nie wiadomo kiedy się pojawiła, popędziła do kuchni. Wróciła po około 2 minutach z opakowaniem tabletek.
-Już myślałam, że ich nie znajdę - powiedziała wyciągając jedną tabletkę. Podała ją dziewczynie, która wzięła ode mnie kubek i połknęła pigułkę popijając ją jego zawartością.
Kiedy dziewczyna poczuła się lepiej, wyjęła telefon, zadzwoniła do swojej siostry, aby poinformować ją o całym zdarzeniu. Cassia - bo tak siostra miała na imię, chciała przyjechać i zabrać ją do domu. Wtedy zabrałem Livii telefon.
-Cześć, jestem Riker. Livia jest teraz w moim domu i może tu zostać jak długo tylko chce - gdy wymawiałem te słowa Livia patrzyła na mnie wzrokiem typu ''oszalałeś?!'', ale nie zwracałem na to uwagi. -To moja wina, że jest teraz w takim  stanie i muszę to jakoś wynagrodzić. Jeśli jesteś na mnie zła, jako jej siostra, za to co się stało to rozumiem cię. Sam jestem na siebie zły. Możesz nazywać mnie jak chcesz, ale ja i tak pomogę Livii, jestem jej to winien - mówiłem i nie dawałem dojść Cassii do słowa.
-Hej, dasz mi coś powiedzieć? - udało się jej wypowiedzieć.
-Tak, proszę.
-Nie będę cię ganiła i wyzywała za to co się stało. Każdemu mogło to się stać. Rozumiem cię, na prawdę, choć przyznam że jestem zdenerwowana.
Kiedy dziewczyna to powiedziała zrobiło mi się jakoś raźniej...lepiej. Ktoś mnie rozumiał
Gdy się rozłączyłem oddałem Livii komórkę i spytałem jak się czuje. Odpowiedziała, że oprócz tego że boli ją głowa i prawa ręka na którą upadła, wszystko jest ok.
-Toooo....gdzie będę spała? - spytała po chwili.
-No to chyba jasne że ze mną - taki tam mały żarcik, ale jej mina - bezcenna.
-No chyba śnisz.
-Dobra, to był żart. Albo możesz spać tu na kanapie, albo w pokoju mojego brata Rockie'go, który dziś jest nieobecny, więc ma wolny pokój. Co wybierasz?
-Tu mi wygodnie - powiedziała nieśmiało gładząc oparcie kanapy.
-Oooo nie, w takim razie ja przeniosę się do brata, a ty będziesz spała u mnie - usłyszałem nagle głos Rydel. -Gość taki jak ty i w takim stanie jak twój nie będzie spał na kanapie.
-Dziękuję - odpowiedziała ranna i lekko się uśmiechnęła.
-No to co jemy na kolację - spytałem chcąc się podlizać.
-No nie wiem, nie wiem - rzuciła Rydel. -Może zdajmy się na ciebie...szefie - dodała i puściła mi oczko.
Wparowałem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Widok mnie zadowolił, bo dzięki mamie nie musiałem lecieć do sklepu. Wyjąłem potrzebne produkty i zabrałem się do pracy. Po godzinie moje danie niespodzianka było gotowe. Otworzyłem nawet winko, jak dziewczynom się należy. Zabrałem tacę i poszedłem do salonu. Dziewczyny siedziały na kanapie i rozmawiały. Widać, że zdążyły się bardzo polubić.
-E Viola! - rzekłem stawiając danie na stole i przysuwając małą ławę bliżej kanapy, aby dziewczynom było wygodniej.
-Mmmm... wygląda i pachnie przepysznie - pochwaliła Livia -A cóż to jest?
-To, moja droga, jest łosoś pieczony z musztardą i cienką szynką na sałatce ze szpinaku i musztardowo-miodowym dressingiem.
-Wow, nie dość że pachnie świetnie, wygląda świetnie to jeszcze brzmi świetnie - zaśmiała się Livia.
-No to bierzemy się do jedzenia! - powiedziałem.
-A reszta rodzinki? - spytała Rydel
-Rodzice, Ross i Ryland poszli na miasto, a Rocky...sam nie wiem gdzie jest.
-Dobra, jedzmy!
Po około 20 minutach talerze były puste. Dziewczyny były rozłożone na kanapie i trzymały się za brzuchy.
-Alee się najadłam - powiedziała Livia.
-To jeszcze nie koniec - rzuciłem i pobiegłem do kuchni po deser. Wstawiłem nasze talerz do zmywarki i zabrałem stojący na blacie deser który przygotowałem gdy dziewczyny jeszcze jadły.
-No chyba sobie żartujesz! Ja już nic więcej nie zmieszczę - lamentowała Rydel
-Ja też! - zawtórowała jej Livia.
-Nie narzekajcie, bo druga taka okazja może się nie powtórzyć. Ja i moje cudowne rączki mogą wam więcej nic nie ugotować - powiedziałem i postawiłem przed dziewczynami talerze z goframi z bitą śmietaną i owocami.
Jakoś dały się przekonać i zjadły deser. Ja udałem się do kuchni aby pozmywać, a Rydel zaprowadziła naszą nową koleżankę do swojego pokoju. Fajnie dziś było, chociaż na początku nieźle się wystraszyłem, na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

____________________________________________________
No to ten...tak trochę króciutko, ale jakoś ostatnio nie mam weny, a po za tym masa  nauki :( i czasu też braknie.
Komentujesz=motywujesz
Pozdrawiam  :*
-Alex
 

środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 3

Livia 
-Mike, zabiję cię! - krzyczałam na brata. Jak on może być taki cofnięty w rozwoju?
-Dobra, młoda opanuj się, takich bluzek jest milion na świecie. Kupię ci drugą.
-Ale ja nie chcę drugiej! Chcę tą. Moją drugą ulubioną, którą właśnie zniszczyłeś.
-Powiedziałem, że kupię ci inną.
-Ty jesteś głupi czy głuchy? Mówię, że nie chcę nowej, chcę tą! - uparcie trzymałam swego. Nagle do domu weszła Cassia.
-Hej wszystkim - powitała nas, ale odezwała się tylko cisza. -Co wy tacy cisi? Umarł ktoś?
-Tak, właśnie Mike posłał moją bluzkę w zaświaty i nawet nie przeprosił! - wydarłam się na cały dom. Miałam nadzieję, że do tego pustaka coś dotrze.
-Kochana siostrzyczko, nie martw się. Z facetami to jest tak, że są za męscy na uczucia, za dumni by przeprosić i za głupi by cokolwiek naprawić - powiedziała i puściła mi oczko. Mina brata była bezcenna. Tak go zatkało, że stał jak słup z otwartymi ustami i nie był w stanie nic wydusić z siebie ani słowa. 
-Dobra, jak uśmierciłeś tę bluzkę? - przerwała milczenie Cassia.
-No...Jakoś tak wyszło. Och, dajcie mi już spokój. Przyznaję: mój błąd. Przepraszam.
-No dobra, wybaczam. Nie będę cię stresować bo jeszcze wyłysiejesz i żadna laska cię nie weźmie - rzuciłam i zaczęłam się śmiać, a potem dołączyła do mnie siostra. Jak ja uwielbiam go wkurzać. 
-Dobra, koniec tych śmiechów. Livia, zabieraj klamoty i won na uczelnię bo się spóźnisz i Jess będzie się wściekać - odpowiedział lekko urażony Mike. Nie chcę myśleć jaką zemstę szykuje w tej swojej nikczemnej główce. Ledwo co nie udusiłam się ze śmiechu. Gdy w końcu trochę się opanowałam zabrałam swoje rzeczy i wyszłam z domu.

Rydel
-W tej chwili masz wyjść z tej łazienki! Kolejny raz powtarzać nie będę. Jak nie wyjdziesz to dzwonię po ślusarza, on raz dwa otworzy zamek, ja wejdę do środka i nie będzie mnie to interesowało czy jesteś ubrany czy nie, a może leżysz w wannie, po prostu chwycę coś i walnę cię w łeb i jeszcze namówię chłopaków żeby to nagrali i potem wstawili na Facebooka, Twittera i YouTube wtedy będzie przypał, a tego chyba nie chcesz... - powiedziałam jednym tchem stojąc i waląc pięścią w drzwi łazienki.
-Opanuj się kobieto! Sąsiedzi jeszcze pomyślą, że uciekłaś od czubków - rzucił Ross, który właśnie otworzył drzwi. -Już widzę te pierwsze strony lokalnych gazet: ''Rydel Lynch, nowa mieszkanka Nowego Yorku - psychopatką'', ''Rydel Lynch znęca się nad rodziną'', Rydel Lynch...'' - nie dokończył bo uderzyłam go ręką w tył głowy a potem poprawiłam jeszcze na plecach. Weszłam do toalety i z całą siłą trzasnęłam drzwiami. Dziwne, że nie wyleciały z futryn...
-I my nie mamy sąsiadów głąbie! - krzyknęłam przez zamknięte drzwi.
-Dzieci drogie, uspokójcie się - usłyszałam głos mamy, która chyba przybyła z odsieczą. Tak właśnie wyglądało te samotne mieszkanie. Mama przesiadywała u nas całymi dniami i wychodziła wieczorem.
-To ona zaczyna. Nie można się nawet wykąpać - powiedział Ross, jak zwykle udający niewiniątko. Nie miałam ochoty komentować tego, więc nic nie odpowiedziałam. Niech głupek wmawia sobie, że uznałam swoją niższość.
Opuściłam pomieszczenie po 30 minutach. Poszłam na dół do kuchni, gdzie cała banda siedziała przy stole i jadła śniadanie.
-Siadaj sis, bo zaraz nic nie będzie na tym stole - zaprosił mnie Riker. Czasami mam wrażenie, że tylko on potrafi być poważny...dorosły. 
-Teraz? Jak zostały same resztki? Pfff... idę zrobić sobie kanapkę.
-Ej, nie wygłupiaj się i siadaj. Ja pójdę zrobić ci tą kanapkę - powiedział Riker. Co mu się stało? Wiem co przed chwilą mówiłam, ale tego się nie spodziewałam nawet po nim.
-No dobra, skoro tak to czemu nie - usiadłam przy stole a brat poszedł do kuchni. Wrócił po około 5 minutach z trzema kanapkami na talerzu i gorącą herbatą.
-Proszę bardzo.
-Mmmm....dziękuję Riker - rzekłam i cmoknęłam brata w policzek. Kanapki były nawet nie złe, o dziwo nie otrułam się. Gdy skończyłam odniosłam wszystko do kuchni.
-Rydel, kiedy wybierasz się do studia? - spytał Riker gdy siedziałam na kanapie i przeglądałam jakiś magazyn modowy. 
-Właśnie miałam tak iść.
-No to ją cię podwiozę.
-Dobra, gadaj czego chcesz. Najpierw kanapki teraz to? Na pewno nie robisz tego bezinteresownie - powiedziałam co myślałam.
-Nic nie chcę, chcę być tylko dla ciebie miły.
-No dobra, idź po kluczyki - rzuciłam i ruszyłam do wyjścia. Założyłam buty, zabrałam torebkę i wyszłam na ganek. Był piękny dzień. Ptaszki ćwierkały, słońce świeciło, Riker widocznie dostał udaru co było z korzyścią dla mnie. Założyłam okulary przeciwsłoneczne i powoli zeszłam po schodkach. Dotarłam do auta brata i oparłam się o nie. W końcu przybył  pierworodny Lynch.
-Robiłeś te kluczyki czy co? 
-Taa... Ross je schował i nie chciał powiedzieć gdzie, więc musiałem go stłuc - roześmiał się.
-Należało mu się - skwitowałam i wsiadłam do wozu.
-Wczoraj potulny jak baranek, a dziś diabeł wcielony. Dobrze że rodzice są w domu, bo jeszcze roznieśliby z Willem cały dom.
-Jakim Willem?
-No tym....jak on się nazywa...Blake, Will Blake.
-Aaaa...kojarzę, ten kumpel Rossa z tego pamiętnego wypadu do dyskoteki.
-Właśnie tak.
-No to ja już nic nie mówię.

Riker
Jechaliśmy praktycznie pustą drogą. Gadaliśmy, śmialiśmy się i po około 20 minutach byliśmy na miejscu. Rydel poszła na rozmowę, a ja zostałem w samochodzie. Siedziałem, słuchałem muzyki i obserwowałem zatłoczone chodniki. Ludzi śpieszących do pracy, rodziców prowadzących dzieci do przedszkoli i staruszków chodzących pod rękę uśmiechniętych i wesołych. Minęło 30 minut a Rydel już wróciła. Była cała promienna, więc oznaczało to tylko jedno.
-Niech zgadnę, masz tę robotę - od razu rzuciłem patrząc przed siebie.
-Wróżka Riker, oczywiście że tak.
Odwróciłem twarz w jej stronę, lekko odchyliłem okulary i powiedziałem:
-No to jedziemy to uczcić! 
Rydel wsiadła do mojego niedawno kupionego Mustanga GT kabrioletu i ruszyliśmy przed siebie. Wiatr mierzwił nam włosy, muzyka grała tak głośno jak się tylko dało a my śpiewaliśmy, chociaż czasami nie znaliśmy słów. Jechałem dość szybko, byłem bardzo rozkojarzony i bardziej skupiony na muzyce niż na drodze. Tak się wygłupialiśmy, że ledwo co zauważyłem dziewczynę przechodzącą przez jezdnię, zbyt późno zacząłem hamować i prawie bym ją zabił. Na szczęście ona zauważyła mnie i cofnęła się, ale niewystarczająco daleko. Przetoczyła się przez maskę auta i znalazła się po drugiej stronie samochodu. 
-Jezu, Riker coś ty narobił! - krzyknęła Rydel i złapała się w rozpaczy za głowę.
Szybko wysiadłem i pobiegłem do dziewczyny. Sprawdziłem czy oddycha, a potem zbadałem puls. Wszystko było tak jak trzeba, oddychała i wyczuwałem puls. Uniosłem jej głowę i ułożyłem ją na swoich kolanach. Odgarnąłem włosy z jej twarzy i lekko zacząłem klepać po policzkach w nadziei, że się ocknie. Podeszła do mnie Rydel, ciągle w szoku. 
-I co z nią? - spytała cicho.
-Na pewno żyje. 
-Zabierzmy ją do szpitala, to że żyje to jeszcze o niczym nie świadczy, może mieć urazy wewnętrzne.
-Jeśli ją tam zabierzemy, to lekarze będą się pytali co się stało Livii i co wtedy powiemy? Spadła z drabiny? Nigdy w to nie uwierzą. Będę musiał powiedzieć, że ją potrąciłem a wiesz co to oznacza? To wiąże się z tym, że w najgorszym wypadku mogę nawet pójść siedzieć.
-Skąd wiesz jak ma na imię?! - rzuciła zdziwiona Rydel.
-Jest w mojej grupie tanecznej. Zdążyliśmy się już poznać.
-Riker, nie mamy innego wyjścia, musimy ją zabrać do nas do domu.
-Masz rację - powiedziałem i delikatnie uniosłem dziewczynę. Położyłem ją na tylnym siedzeniu. Siostra usiadła koło niej aby mieć na nią oko. Usiadłem za kierownicą i ruszyłem przed siebie. Jechałem szybko, bo bałem się o jej życie, ale tym razem patrzyłem na drogę.

_______________________________________________
Przybywam z nowym rozdziałem!! Nareszcie zaczyna się coś dziać, już myślałam że to nigdy nie nastąpi. Mam nadzieję że się podoba. A tak przy okazji, chciałam Wam życzyć Wesołych świąt!!! I oczywiście mokrego dyngusa :*
Czytajcie, komentujcie i pamiętajcie:
''Komentujesz - motywujesz''
Trzymajcie się cieplutko :*
-Alex