**Los Angeles, dom Lynchów**
Ryland
Wszyscy siedzieliśmy w kuchni w naszym kochanym domku w Los Angeles i nie mogliśmy uwierzyć że za kilka chwil zabierzemy nasze walizki, wyjdziemy na zewnątrz, tata zamknie drzwi na klucz, wsiądziemy do samochodu i odjedziemy. Wszystko to wygląda jakbyśmy wybierali się na wakacje lub na długi weekend w góry czy gdziekolwiek indziej. Niestety to nie weekend ani wakacje. Wyprowadzamy się, chociaż nie wiem czy można tak to nazwać, w końcu nie sprzedajemy domu. Ale jakie to ma znaczenie? Jedziemy gdzieś i właśnie te ''gdzieś'' jest najgorsze. Rodzice nawet nie powiedzieli gdzie jedziemy a co ważniejsze dlaczego to robimy. Już od kilku tygodni zachowywali się jakoś...dziwnie. Zaczęło się w zeszłym miesiącu, kiedy byliśmy wszyscy razem na imprezie w jednym z klubów w Santa Monica. Bawiliśmy się świetnie. Właśnie kiedy Ross śpiewał w karaoke, na scenę wszedł tata i kazał mu w tej chwili zejść. Biorąc pod uwagę to, że brat nie był trzeźwy, posłuchał ojca. Po drodze zgarnął całą naszą resztę i odwiózł do domu. Potem było jeszcze gorzej. Wszędzie za nami jeździł, czasami nie pozwalał wychodzić z domu, zachowywał się bardzo, ale to bardzo dziwnie.
-Dobra, dzieciaki. Pakujcie się do wozu - usłyszałem głos taty schodzącego po schodach. Ciągnął za sobą walizkę, która wydawała się cięższa od walizki Rydel, w której siostra schowała chyba wszystko co miała w szafie. -No już, bo spóźnimy się na samolot.
Mówił to z takim spokojem i opanowaniem jakby nic się nie działo. Cóż mogłem zrobić? Nie chciałem pogarszać sytuacji i kłócić się teraz. Zabrałem walizkę i wyszedłem z domu, z resztą jako ostatni bo wszyscy siedzieli już w aucie. Ross i Rocky założyli słuchawki i kompletnie odlecieli, Rydel czytała jakąś książkę, a Riker pisał z kimś sms-y.
-Ryland, proszę cię pospiesz się! - usłyszałem głos Marka, który właśnie zamykał drzwi.
Włożyłem walizkę do bagażnika i zająłem miejsce obok Ross'a. Oparłem głowę o szybę. Drzewa zaczęły się ruszać a nasz domek co raz bardziej się oddalał. Zamknąłem oczy próbując o tym nie myśleć.
Ross
-Co ten tata znowu wymyślił - pomyślałem sobie. Nie mówi nam co się dzieje, a ja wyraźnie widzę, że coś jest na rzeczy, wystarczy spojrzeć na Rikera, który jest tak wściekły, że jak z nim gadam to boję się że zaraz oberwę. Ojciec przywiózł nas do Nowego Yorku nie wiadomo po co. Należą nam się wyjaśnienia i to co do najmniejszego szczegółu. Mamy prawo wiedzieć, co się dzieje, jesteśmy już dorośli.
Riker
-Co?! Nowy York ?! Tato, ty chyba zwariowałeś. Przecież do drugi koniec kraju!
-Riker, synu proszę uspokój się. Rozumiem twoje zdenerwowanie, ale zrób coś dla moich uszu i nie krzycz.
-Jak ja mam nie krzyczeć?!
-Serio Riker, przestań się drzeć. Ja też jestem ostro wkurzona, boli mnie głowa i nie pogarszaj tego - odezwała się Rydel.
Dobra, uspokoję się, ale tylko dla niej.
Po dwóch dobach jazdy samochodem dostaliśmy na miejsce. Staliśmy teraz przed jakimś domem, na obrzeżach miasta dość daleko od centrum. Najbliższy dom jaki zapamiętałem znajdował się jakiś kilometr, może dwa od tego miejsca. W pobliżu zauważyłem tylko las oraz jakąś starą, rozwalającą się chatę. Domyśliłem się, że teraz tu będziemy mieszkać. Mieszkanko było niczego sobie, pomyślałem że chyba będę musiał je polubić, pomimo tego że znajduje się ono na jakimś zadupiu.
Budynek stał mniej więcej po środku działki ogrodzonej wysokim płotem z jakiegoś kamienia. Do domu prowadziła wyłożona kostką dróżka, która kończyła się marmurowymi schodkami. Za nimi znów był kawałek chodniczka który prowadził do schodów domu. Z boku budynku znajdował się niesamowicie duży garaż, w sam raz na nasze potrzeby. Na werandzie stał drewniany stolik, cztery krzesła wokół niego a z boku drewniana ławka z poduszkami. Na pierwszy rzut oka, wszytko wyglądało zachęcająco.
Chwyciłem walizki i ruszyłem w stronę wejścia, biorąc wcześniej klucze od taty. Wszystko mnie bolało, a moje kości były zesztywniałe. Pomimo tego, że co jakich czas robiliśmy postoje to i tak nic nie dało. W tym momencie marzyłem tylko ciepłej kąpieli i mięciutkim łóżku.
Postawiłem walizki, potem włożyłem klucz do zamka i otworzyłem drzwi. Wszedłem do środka i zaniemówiłem. Mieszkanie było po prostu cudowne. Wyłożone jasnym kamieniem ściany, dębowa podłoga a nade mną rząd lampek. Postawiłem walizki i ruszyłem dalej korytarzem. Kolejnym pomieszczeniem był salon. Po środku stała biała kanapa w kształcie litery ''U'' a na ścianie wisiał pięćdziesięcio calowy telewizor. Nagle usłyszałem jakieś krzyki w korytarzu. Od razu domyśliłem się że dzieciarnia wpadła do domu. Nie zwracałem na nich uwagi i oglądałem dalej dom. Dostrzegłem schody prowadzące na piętro. Były dość wysokie, pokryte dębowym drewnem. Na ścianie, tuż nad każdym schodkiem znajdowała się lampka. Nie zauważyłem włącznika. Oznaczało to, że światełka włączały się pod wpływem ruchu Szybko pokonałem je i stanąłem na szczycie. Moim oczom ukazał się szeroki korytarzyk. Po obu stronach widniał rząd drzwi. Na każdych wisiała tabliczka z naszymi imionami. Pierwsze drzwi po lewo prowadziły do pokoju Rocky'ego, drugie Rylanda, trzecie do Rydel. Po prawo pierwszy był mój pokój, drugi Rossa. Na końcu znajdowała się łazienka. Za toaletą korytarz rozbiegał się w prawo i lewo. Na pewno były tam jeszcze jakieś pomieszczenia. Bez namysłu wszedłem do swojego nowego królestwa i oniemiałem z wrażenia. Mój ulubiony kolor - niebieski pokrywał wszystkie ściany oprócz jednej, na której widniała przepiękna fototapeta.
Na ścianie na przeciwko było duże okno z widokiem na ogród, a obok stało duże łóżko. Dalej była półka na książki i stojak na płyty. Podszedłem bliżej i zacząłem je oglądać. Były tam między innymi płyty Maroon 5, Neon Trees, McFly, U2. W rogu stała moja gitara, a po przeciwnej stronie dość duża szafa.
-Woooow!! Jaka śliczna fototapeta - wykrzyknęła Rydel, która właśnie wpadła do mojego pokoju. Krzyki na korytarzu były tak głośnie, że na dworze na pewno było je słychać. Opuściłem pomieszczenie i poszedłem na ''zwiady''. Najpierw zajrzałem obok, do pokoju Rossa. Jak mogłem się spodziewać, ściany miał żółte i nie obeszłoby się bez jego modeli motocykli i książek o mechanice. Ruszyłem dalej do Rylanda. Pomieszczenie raczej sportowe z odcieniami czerwieni. Potem Rydel, mogłem się spodziewać różu i Hello Kitty. A na koniec Rocky. Zieleń i ukochana gitara. Nagle po schodach weszli rodzice.
-No i jak dzieciaki? Podoba się? - spytał tata.
-Czy się podoba?! Tu jest zajebiście!! - wykrzyknął na cały głos Ryland i wbiegł do swojego pokoju rzucając się na łóżko. Wszyscy zaczęli się śmiać.
-Tu jest na prawdę świetnie, ale dlaczego to wszystko? - spytałem.
-To jest dla was, pomyśleliśmy że należą się wam małe, wielkie wakacje i przez te małe, wielkie wakacje nie będziecie przecież mieszkać w hotelu.
-Nooo....dobra, ale dlaczego wcześniej nie powiedzieliście - wtrącił się Ross
-Chcieliśmy zrobić wam niespodziankę - odpowiedziała mama - I chyba się udało.
-Udało się i to bardzo - znowu wydarł się Ryland.
-Tak, to prawda, ale nie rozumiem jednej rzeczy - dodałem opierając się o futrynę, krzyżując ramiona na piersi.
-O co chodzi synu? - spytał ojciec.
-Myślę, że widziałem cały dom. Wszystko jest: kuchnia, łazienka, salon, moja sypialnia i tych tam - stwierdziłem machając ręką gdzieś za siebie. -Ale nie rozumiem jednego: gdzie jest wasza sypialnia? Chyba nie planujecie spać w namiocie czy coś, prawda? - spytałem rodziców, którzy spojrzeli na siebie porozumiewawczo i lekko się uśmiechnęli.
-Stwierdziliśmy z mamą - zaczął tata. -Iż nie jesteście już małymi dziećmi. Macie po 20 lat i więcej i dacie sobie radę sami. Ten dom jest cały dla was. I tylko dla was. Jeśli chodzi o Rylanda, to mamy nadzieję, że zaopiekujecie się nim i będziecie pilnować go, aby nie zawalił szkoły.
-Niezły żart tato - podszedłem do ojca i poklepałem go po ramieniu.
-To nie żart Riker - rzekła mama wpatrując się we mnie swymi szklanymi oczkami. Ten wzrok mówił sam za siebie. Uśmiech spełzł z mojej twarzy. -Naprawdę, wierzymy że jesteście odpowiedzialni i już wystarczająco samodzielni. Gdybyśmy nie byli tego pewni, nigdy nie wpadlibyśmy na taki pomysł. Zgadzacie się na to? - spytała w końcu, patrząc na nas wszystkich po kolei. Odwróciłem się do mojego rodzeństwa, patrząc uważnie na każdego i szukając w nich choć odrobiny pomocy. Każdy najprawdopodobniej czuł to samo co ja: niepewność. Mój wzrok spoczął w końcu na mojej siostrze. Ona zawsze wiedziała co robić, ale w tym momencie nie byłem tego taki pewien. Spojrzała na mnie swymi brązowymi oczyma. Przechyliła lekko głowę w prawo, wzruszając ramionami. W końcu powiedziała:
-Tak, to prawda że możecie nas uważać za w miarę odpowiedzialne osoby. Patrząc na moich braci, widzę że pozostawili decyzję mnie. Jeśli taka jest wasza wola, my nie będziemy się sprzeciwiać. Zamieszkamy sami. Damy sobie radę, ale... - w tym momencie popatrzyła na każdego z nas -...nie myślcie, że będę prała wam skarpetki! - rzuciła po czym uśmiechnęła się szeroko ukazując swoje białe ząbki.
-Cudownie - rzuciła mama.
-Ok. A wy? Gdzie będziecie mieszkać? - spytał zdezorientowany jeszcze Ross.
-My wynajęliśmy mieszkanie, w sam raz dla naszych potrzeb. Nic więcej nam nie potrzeba. To jakieś 30 minut drogi stąd. Ale pamiętajcie, jeśli coś się będzie działo, jeśli będziecie w niebezpieczeństwie, w tym domu jest też nasz pokój, chociaż go jeszcze nie widzieliście. Wystarczy wasz jeden telefon a przyjedziemy do was.
-A co nam tu może grozić? Wywieźliście nas na jakieś zadupie, gdzie nie ma ludzi i mówicie o niebezpieczeństwie - rzucił z lekką irytacją Ross. Tata spojrzał na niego, lecz nic nie odpowiedział.
-No dobrze. W takim razie trzeba zacząć się przyzwyczajać do waszej nieobecności - w końcu padło cokolwiek z ust Rocky'ego, który stał oparty o ścianę trzymając dłonie w kieszeniach spodni, patrząc na rodziców nieobecnym wzrokiem. Dopiero teraz zauważyłem, że on tu w ogóle jest, bo do tej pory ani razu się nie odezwał.
_________________________________________________________
No
to pierwsze koty za płoty :D Wiem, że troszkę krótko, ale mam
nadzieję, że jak na razie jest dobrze. Zależy mi na waszym uznaniu
i mam nadzieję że będziecie odwiedzać mojego bloga. Do usłyszenia
:*
-Alex

