Livia
Obudziłam
się z wielkim bólem głowy. Ale co tu się dziwić, po wczorajszym
zdarzeniu to bardzo możliwe. Rozglądałam się po pokoju Rydel. To bardzo
ładne pomieszczenie, takie kolorowe, żywe i gustowne. Znam ją dopiero
jeden dzień, ale już teraz bardzo lubię, tak jak Rikera, bo reszty tak
na prawdę nie znam. Może dziś nawiążemy jakiś kontakt, wydają się fajną
rodzinką.
Powoli
wstałam z łóżka, spojrzałam na zegarek który wskazywał godzinę 9:27.
Postanowiłam się ubrać w czyste ubrania...chwila, nie mam czystych
ubrań. Kurde...Nie mogę też założyć tamtych bo bluzka jest umazana
krwią. Jak Riker we mnie wjechał to uderzyłam się w głowę i rozcięłam
sobie łuk brwiowy. No cóż....idę na śniadanie w piżamie.
Zeszłam na dół i poszłam do kuchni. Wszyscy siedzieli przy stole, jedli
śniadanie i byli normalnie ubrani, tylko oczywiście Livia musiała być w
piżamie.
-Ooo....Livia
przyszła! Siadaj - zaprosił mnie Ross. Postanowiłam, że poproszę Rydel o
coś do ubrania, ale zrobię to po śniadaniu.
Usiadłam
pomiędzy Rikerem a Rossem. Wzięłam jedną z kanapek z serem i sałatą
leżących na talerzu przede mną i zaczęłam jeść. Potem wzięłam jeszcze
jedną, tym razem z szynką i pomidorem. Wypiłam herbatę, a w między
czasie gadałam z chłopakami o różnych rzeczach. Riker przeprosił mnie
już ze 153 razy, a dzień się jeszcze nie skończył...Wstałam od stołu,
zabrałam mój kubek oraz talerz i wstawiłam do zlewu, obok którego stała
pani Lynch. Uśmiechnęła się do mnie i puściła mi oczko. Panie Stormie to
bardzo miła kobieta.
-Rydel, mogę cię prosić na słówko? - rzuciłam do dziewczyny po zjedzonym posiłku.
-Jasne.
Wyszłyśmy z kuchni i poszłyśmy do salonu.
-Rydel mam taką małą prośbę. Bo wczoraj po tym wypadku moje ubrania są w krwi...
-Jasne, że ci dam jakieś ciuszki. Chodź idziemy do mnie! - odpowiedziała chociaż nie powiedziałam do końca o co mi chodzi.
Weszłyśmy
do sypialni, Rydel podeszła do swojej ogromnej szafy i ją otworzyła a
ja zaniemówiłam. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu ubrań! Od
koronek po falbany aż do skóry. Było tam dosłownie wszystko.
-Jacie - tylko tyle potrafiłam wydusić.
-No co? Kobieta musi mieć się w co ubrać...
-Oj tak! Tu nie mogę się nie zgodzić.
-No to wybieraj. Możesz wziąć co tylko chcesz.
-No bez jaj. To twoja szafa, ty mi coś wybierz....dziwnie się czuję, nie będę ci grzebać.
-Ale kiedy ci na to pozwalam to nie jest już grzebanie - rzekła i uśmiechnęła się szeroko.
Stanęłam
przed tym ''rajem'' i zaczęłam oglądać. Wszystko dokładnie i po kolei. W
końcu wybrałam długie czarne jeansy, białą koszulkę na ramiączka z
napisem i krótką granatową bluzę, sięgającą tylko do talii. Zabrałam
wszystko i ruszyłam w stronę łazienki,
-Rydel?
-Tak?
-Masz może tusz do rzęs? - spytałam nieśmiało
Dziewczyna wróciła do pokoju, pogrzebała w szufladzie i przyniosła mi to o co prosiłam.
-Trzymaj, masz jeszcze tu błyszczyk. Spokojnie, dopiero co kupiłam i jeszcze go nie używałam - podała mi rzeczy i oddaliła się.
Weszłam
do toalety. Ubrałam spodnie, potem koszulkę, a bluzę zawiązałam na
biodrach. Obmyłam twarz zimną wodą, zaplotłam moje blond włosy w luźnego warkocza
na bok a potem zrobiłam makijaż. Opuściłam pomieszczenie, a na
korytarzu wpadłam na Rossa.
-Och...przepraszam - powiedział pospiesznie chłopak i podniósł tusz oraz błyszczyk który upuściłam.
-Nic
się nie stało - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. Wyminęłam go i
zeszłam na dół po schodach. Odnalazłam Rydel. Była w ogrodzie, leżała na
leżaku w pobliżu basenu.
-Dziękuję - powiedziałam oddając dziewczynie kosmetyki.
-Błyszczyk zachowaj - odpowiedziała biorąc jedynie tusz.
-Skoro tak... Chyba będę się zbierać do domu. Cassia pewnie na mnie czeka.
-Juuuuż? - usłyszałam za plecami głos Rikera, który przeciągnął literkę ''u'' tak, że brzmiał jak małe dziecko.
-No niestety.
-To ja cię odwiozę!- krzyknął entuzjastycznie
-Co
to to nie - odpowiedziałam z lekkim strachem. Po wczorajszej sytuacji
nie chcę widzieć na oczy żadnego samochodu. -A tak serio to przejdę się kawałek dopóki mój brat nie przyjedzie.
Jest bardzo ładny dzień, grzech nie korzystać i wozić dupę w aucie -
dodałam i roześmiałam się, a Rydel i Riker zawtórowali mi.
-No to do zobaczenia! Ale serio zadzwoń po brata bo do centrum jest jakieś 7 kilometrów- powiedziała blondynka podając kartkę i mocno mnie ściskając.
-Co to za kartka? - spytałam ledwo łapiąc powietrze spod uścisku dziewczyny.
-To
są nasze numery telefonu. W razie czego dzwoń o każdej porze dnia! -
odpowiedziała gdy już mnie puściła. Potem przytulił mnie Riker.
-Jeszcze raz przepraszam.
-Wiesz, że mówisz to 154 raz? - odpowiedziałam a wtedy chłopak zaczął się śmiać. -No to do zobaczenia.
Weszłam
jeszcze do domu, aby pożegnać się z panią Lynch i resztą rodziny. Nie
obyło się bez krótkiej pogawędki ze Stormie. Potem opuściłam mieszkanie i
udałam się do swojego domu. Co prawda zadzwoniłam po Mike'a, ale zanim on ruszy cztery litery to minie wieczność. Trudno, musiałam jakoś przeżyć, w końcu nie takie odległości się pokonywało.
Minęło jakieś 1,5h od kiedy opuściłam posiadłość Lynchów. Wiał lekki wietrzyk, szłam dość szybkim tempem, słuchałam muzyki lecącej bezpośrednio z telefonu, gdyż nie miałam słuchawek i gdy właśnie leciała jedna z moich ulubionych piosenek
''This is war'' zespołu 30 Seconds of Mars, dostałam sms-a od nieznajomego numeru. Pomyślałam sobie,
że to może od Rydel lub Rikera. Odblokowałam komórę i przeczytałam treść
SMS-a: ''Lepiej załóż tę bluzę co masz na bioderkach, jeszcze się przeziębisz, a tego nie chcemy...''.
To na pewno nie był SMS od
Rydel, Rikera ani nikogo innego z rodziny Lynchów, to nie w ich stylu
(przynajmniej tak myślę). Ten SMS musiał przysłać ktoś kto mnie widzi,
ale skąd on ma mój numer?! Zaczęłam się gorączkowo rozglądać wokół
siebie. Patrzyłam na domy, spoglądałam w okna czy ktoś w nich nie stoi i
obserwowałam przydomowe ogrody. Po chwili dostałam kolejną wiadomość: ''Nic ci nie da te rozglądanie się, i tak mnie nie zobaczysz kotku :*''.
Przeraziłam
się, aż przeszły mnie ciarki. Robiło mi się na zmianę zimno i ciepło.
Ogólnie jestem odważną osobą, ale muszę przyznać że to mnie na prawdę
przestraszyło. Zaczęłam się rozglądać ponownie, ale teraz bardziej
dyskretnie. Nagle usłyszałam huk, jakby ktoś uderzył mocno w jakąś
blachę. Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Zrobiłam to
bardzo, ale to bardzo powoli, nie wiedziałam co mnie czeka. Okazało się,
że to jakieś głupie koty szukały jedzenia w śmietnikach i skakały z
jednego na drugi robiąc przy tym hałas. Lekko odetchnęłam, ale wolałam
nie ryzykować. Postanowiłam zadzwonić do Mike, aby się pośpieszył.
-Mike, proszę cię pośpiesz się, jedziesz już półtorej godziny i dojechać nie możesz - szybko powiedziałam gdy odebrał.
-Oh...wypadło mi coś ważnego, a magiczne słowo?
-Proooszę - specjalnie przeciągnęłam ''o'', aby było bardziej przekonujące. Miałam ochotę na niego krzyczeć, żeby nie bawił się w jakieś podchody, ale gdybym to zrobiła to on a złość mi, specjalnie jechał by jak najwolniej.
-No dobra, gdzie jesteś?
-Emmm...umówmy się, że będę w Starbucks pomiędzy w pobliżu 66 St - Lincoln Center. Podałam ten adres, gdyż już dotarłam do centrum. Tak, przeszłam 7 kilometrów, no ale jeśli ma się brata lenia to nie ma co się dziwić. A mogłam zgodzić się na propozycję Rikera.
-Ok, wiem gdzie to jest, to do zobaczenia.
-Tylko szybko - powiedziałam i rozłączyłam się. Ruszyłam w
stronę miejsca spotkania. Byłam na miejscu już po około 10 minutach.
Weszłam do lokalu i zamówiłam dwie Latte Macchiato na wynos. Zapłaciłam i
wyszłam. Na zewnątrz stał już Mike i czekał w aucie.
Wsiadłam do samochodu i podałam bratu kawunię.
-Och,
dzięki wielkie - podziękował Mike i pocałował mnie w policzek. -No to
teraz ja odwiozę cię do domu, bo umówiłem się z chłopakami w warsztacie.
A po drodze, porozmawiamy - dodał poważnym tonem. O co mu chodziło?
Ruszyliśmy, przez pierwsze 15 minut nic nie mówił, ale potem...
-No, to pochwal się co zrobiłaś...
-Ale o co ci chodzi?
-Nie udawaj, dobrze wiesz o co - czego on chce? Z każdym kolejnym słowem, co raz bardziej gubiłam się.
-Dobra, możesz jaśniej, bo ja serio nie mam pojęcia co ty pieprzysz.
-Nie
dość, że szarżujesz po drogach jak jakiś kierowca rajdowy-amator, to jeszcze potrącasz
człowieka! Livia, co ty robisz?! To do ciebie nie podobne. Wiesz co by
było gdyby...
-...Gdybyś
uważniej słuchał Cassii? Tak, wiem...wiedział byś że to nie ja kogoś
potrąciłam, tylko ktoś potrącił mnie! - wykrzyczałam i nagle Mike
zatrzymał się na środku, co prawda, pustej ulicy.
-To jakiś żart, prawda?
-Pff...żart to jesteś ty!
-Dobra, jak to się stało?
-No
normalnie, przechodziłam przez jezdnię, no dobra nie na pasach...I
nagle nadjechał samochód i buuum. Potem obudziłam się w jakimś domu.
Okazało się, że ten chłopak zaopiekował się mną.
-Ma gnój szczęście.
-Dobra, uspokój się i zawieź mnie do domu.
Po
4 godzinach byliśmy już pod domem. Tak, 4 godziny. Mój brat ma na serio
nierówno pod sufitem. Prosiłam, aby od razu zawiózł mnie do domu, to
nie. Musiał jeszcze jechać do salonu, obejrzeć nowe autka, potem jeszcze gdzieś bo miał się tam spotkać z jakimś kolesiem, który oferował mu
sprzedaż swojego samochodu. Tam rozmawiał z nim około 1,5 negocjując i
oglądając dokładnie każdy skrawek samochodu. Już myślałam że wyjmie
linijkę i zacznie mierzyć grubość opon. Na koniec pojechał jeszcze do
warsztatu, chociaż miał to zrobić później. Wysiadłam z auta i pobiegłam
do domciu. Okazało się, że było już grubo po 21:00.
Weszłam do środka i ruszyłam w stronę kuchni. Tak jak myślałam, Cassia tam była i znowu coś pichciła.
-Hej, siostra, co robisz? - spytałam podchodząc do niej i przytulając się.
-Robię ciasto. Dostałam dziś przepis od Inez. Mówię ci, ono jest tak pyszne, że jesz i nie możesz przestać.
-Wszystko co z twoich rąk wychodzi jest pyszne.
-A jak się czujesz, nic cię nie boli?
-Nie, Riker i jego rodzina bardzo dobrze się mną zaopiekowali.
-Cieszę się. Siadaj zaraz zrobię co coś do jedzenia.
-Wiesz,
nie jestem specjalnie głodna. Wezmę sobie jogurt - powiedziałam i
podeszłam do lodówki. Wzięłam z niej niewielki plastikowy kubeczek i
ruszyłam schodami na górę do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku i zaczęłam
konsumować. Gdy skończyłam odstawiłam kubek na szafkę nocną i podeszłam
do okna. Było już całkiem ciemno. Otworzyłam okno aby posłuchać cykania
świerszczy. Oparłam się o parapet i lekko wychyliłam głowę. Naturalna
muzyka, piękne gwieździste niebo oraz niesamowicie świeże powietrze. Coś
pięknego. Moje ''odpływanie do krainy czarów'' przerwały wibracje w
kieszeni. Przyszedł SMS. Wyciągnęłam telefon i odczytałam jego treść.
Zamarłam. ''Piękne
prawda? Te gwiazd, te świerszcze...cudowne. Wiesz, ładnie
wyglądasz. Miłej nocy :*''
________________________________________________________________
Siemaneczko
:D Przybywam z nowym rozdziałem! No, co ja tu będę wiele pisać... Mogę
wam życzyć miłej niedzieli :) No to do zobaczenia.
Zachęcam
do czytania, głosowania w ankiecie ''Czy podoba ci się mój blog?'' no i
oczywiście do komentowanie. Proszę komentujcie, bo mam 7 rozdziałów i
nawet nie miałam 10 kom. razem wziętych. A wiecie, jak dla mnie, dla nas
blogerek jest to ważne. Wtedy wiemy, że ktoś czyta, że robimy to dla
kogoś i ten ktoś nas docenia...
Komentujesz = motywujesz
-Alex
Riker
To
chyba cud, ale po 10 minutach staliśmy już pod domem. Rydel pobiegła do
mieszkania, aby otworzyć mi drzwi. Niosłem Livię, nie wiedząc co będzie
się działo dalej. A jeśli trzeba będzie odwieźć ją do szpitala? Wolę o
tym nie myśleć. Wniosłem dziewczynę do domu i ruszyłem w stronę salonu.
Gdy tam wszedłem Ross, Ryland i Will grali na konsoli. Kiedy nas
zobaczyli zeszli z kanapy, abym mógł położyć tam Livię.
-Livia?! - rzucił z niedowierzaniem Will. Widocznie musiał ją znać. - Boże, co się stało?
-Jechaliśmy samochodem i jakoś tak wyszło, że jej nie zobaczyłem i potrąciłem ją.
-Jakoś tak wyszło? Chłopie, czy ty się słyszysz?! - chłopak był na prawdę wściekły. -Mogłeś ją zabić idioto!
-Chłopaki,
opanujcie się. To nie czas i miejsce na takie zachowania. Livia
potrzebuje pomocy - powiedziała Rydel. -Ross, leć po mamę!
Chłopak wyleciał z pokoju jak strzała i po dokładnie kilku sekundach wrócił z rodzicem.
-Jezus Maria, co wyście znowu wyczynili?
-W skrócie potrąciłem ją i ona teraz potrzebuje pomocy.
-To czemu nie zawieziesz jej do szpitala?
-Mamo, a wiesz że za takie coś mogę ponieść poważne konsekwencje?
-Dobrze,
spokojnie. Riker, wiem co to może oznaczać, ale nie mamy innego
wyjścia, musimy dzwonić po pogotowie. A jeśli ona umrze? Wtedy dopiero
będziesz miał kłopoty i to bardzo poważne - mówiła mama.
Nie docierało to do mnie. Wszyscy na nią patrzyli i nie widzieli co mają powiedzieć.
Blada
twarz dziewczyny pozostawała niewzruszona. Jej długie blond włosy
ułożyły się idealnie na jej szczupłych ramionach, a bladoróżowe usta
były lekko rozchylone. Gdy na nią patrzyłem przechodził mnie dreszcz.
Tak bardzo bałem się, że tej dziewczynie stało się coś poważnego. I już
nawet nie martwiłem się o to, że poniosę konsekwencje. W tamtym
momencie, modliłem się tylko aby się obudziła, aby nic jej nie było.
Nie
pozostało nam nic innego jak czekać, wiem to idiotyzm, że od razu nie
zawiozłem jej do szpitala, ale tak bardzo się bałem że pójdę siedzieć.
Gdzieś w mojej głowie siedziało również pytanie: ''Co powiedzą
ludzie?'', ale starałem się je wyeliminować, bo takie myślenie to
egoizm, bo to oznacza, że martwię się tylko o siebie, a tak nie było.
Moje
rodzeństwo rozeszło się po pokojach, i tak nie wiedzieli co począć, ja
wziąłem krzesło i postawiłem je przy kanapie, tuż obok leżącej Livii,
ale nie byłem sam. Will również usiadł obok dziewczyny, lecz z większym
odstępem. Mama co jakich czas wpadała aby sprawdzić czy poszkodowana nie
odzyskała przytomności. Siedzieliśmy tak około trzech godzin. Żadnemu z
nas nawet przez myśl nie przeszło aby iść sobie i zostawić Livię.
Wlepiałem swój wzrok w okno. Obserwowałem to co się dzieje na zewnątrz.
Co jakiś czas przejeżdżało jakieś auto, od czasu do czasu pojawiał się jakiś rowerzysta albo bezpański pies włóczył się po ulicy. W sumie to trochę mnie to dziwiło. Widocznie myliłem się co do tego, że nie ma tu ludzi.
Dzień
był bardzo ładny, słoneczny i ciepły. Aż chciało się wyjść na dwór
aby...
-Wody...-
usłyszałem cichutki głosik. Odwróciłem gwałtownie głowę i zobaczyłem, że
te słowa wyszły z ust Livii. Dziewczyna miała zamknięte oczy, ale lekko
ruszała głową. Spojrzałem przelotnie na siedzącego obok Willa, zerwałem
się i szybko pognałem do kuchni. Wyjąłem z szafki szklankę, wlałem do
niej wody i wróciłem. Uniosłem lekko głowę dziewczyny, aby ułatwić jej
czynność. Livia wzięła kilka łyków i opadła głową na poduszki.
-Livia? Słyszysz mnie? - powiedział Will, który właśnie podszedł do dziewczyny i chwycił ją za rękę.
-Tak - odpowiedziała ledwo słyszalnie.
-Boli cię coś? - spytałem.
-Trochę
głowa, ale to normalne po czymś takim. I gwarantuję, że żaden szpital
nie jest potrzebny. Nic mi nie jest, ale przydałaby się jakaś tabletka
na ten ból jeśli można.
Po
tych słowach Rydel, która nie wiadomo kiedy się pojawiła, popędziła do
kuchni. Wróciła po około 2 minutach z opakowaniem tabletek.
-Już
myślałam, że ich nie znajdę - powiedziała wyciągając jedną tabletkę.
Podała ją dziewczynie, która wzięła ode mnie kubek i połknęła pigułkę
popijając ją jego zawartością.
Kiedy
dziewczyna poczuła się lepiej, wyjęła telefon, zadzwoniła do swojej
siostry, aby poinformować ją o całym zdarzeniu. Cassia - bo tak siostra
miała na imię, chciała przyjechać i zabrać ją do domu. Wtedy zabrałem
Livii telefon.
-Cześć,
jestem Riker. Livia jest teraz w moim domu i może tu zostać jak długo
tylko chce - gdy wymawiałem te słowa Livia patrzyła na mnie wzrokiem
typu ''oszalałeś?!'', ale nie zwracałem na to uwagi. -To moja wina, że
jest teraz w takim stanie i muszę to jakoś wynagrodzić. Jeśli jesteś na
mnie zła, jako jej siostra, za to co się stało to rozumiem cię. Sam
jestem na siebie zły. Możesz nazywać mnie jak chcesz, ale ja i tak
pomogę Livii, jestem jej to winien - mówiłem i nie dawałem dojść Cassii
do słowa.
-Hej, dasz mi coś powiedzieć? - udało się jej wypowiedzieć.
-Tak, proszę.
-Nie będę cię ganiła i wyzywała za to co się stało. Każdemu mogło to się stać. Rozumiem cię, na prawdę, choć przyznam że jestem zdenerwowana.
Kiedy dziewczyna to powiedziała zrobiło mi się jakoś raźniej...lepiej. Ktoś mnie rozumiał
Gdy
się rozłączyłem oddałem Livii komórkę i spytałem jak się czuje.
Odpowiedziała, że oprócz tego że boli ją głowa i prawa ręka na którą
upadła, wszystko jest ok.
-Toooo....gdzie będę spała? - spytała po chwili.
-No to chyba jasne że ze mną - taki tam mały żarcik, ale jej mina - bezcenna.
-No chyba śnisz.
-Dobra,
to był żart. Albo możesz spać tu na kanapie, albo w pokoju mojego brata
Rockie'go, który dziś jest nieobecny, więc ma wolny pokój. Co
wybierasz?
-Tu mi wygodnie - powiedziała nieśmiało gładząc oparcie kanapy.
-Oooo
nie, w takim razie ja przeniosę się do brata, a ty będziesz spała u
mnie - usłyszałem nagle głos Rydel. -Gość taki jak ty i w takim stanie
jak twój nie będzie spał na kanapie.
-Dziękuję - odpowiedziała ranna i lekko się uśmiechnęła.
-No to co jemy na kolację - spytałem chcąc się podlizać.
-No nie wiem, nie wiem - rzuciła Rydel. -Może zdajmy się na ciebie...szefie - dodała i puściła mi oczko.
Wparowałem
do kuchni i otworzyłem lodówkę. Widok mnie zadowolił, bo dzięki mamie
nie musiałem lecieć do sklepu. Wyjąłem potrzebne produkty i zabrałem się
do pracy. Po godzinie moje danie niespodzianka było gotowe. Otworzyłem
nawet winko, jak dziewczynom się należy. Zabrałem tacę i poszedłem do
salonu. Dziewczyny siedziały na kanapie i rozmawiały. Widać, że zdążyły
się bardzo polubić.
-E Viola! - rzekłem stawiając danie na stole i przysuwając małą ławę bliżej kanapy, aby dziewczynom było wygodniej.
-Mmmm... wygląda i pachnie przepysznie - pochwaliła Livia -A cóż to jest?
-To, moja droga, jest łosoś pieczony z musztardą i cienką szynką na sałatce ze szpinaku i musztardowo-miodowym dressingiem.
-Wow, nie dość że pachnie świetnie, wygląda świetnie to jeszcze brzmi świetnie - zaśmiała się Livia.
-No to bierzemy się do jedzenia! - powiedziałem.
-A reszta rodzinki? - spytała Rydel
-Rodzice, Ross i Ryland poszli na miasto, a Rocky...sam nie wiem gdzie jest.
-Dobra, jedzmy!
Po około 20 minutach talerze były puste. Dziewczyny były rozłożone na kanapie i trzymały się za brzuchy.
-Alee się najadłam - powiedziała Livia.
-To
jeszcze nie koniec - rzuciłem i pobiegłem do kuchni po deser. Wstawiłem
nasze talerz do zmywarki i zabrałem stojący na blacie deser który
przygotowałem gdy dziewczyny jeszcze jadły.
-No chyba sobie żartujesz! Ja już nic więcej nie zmieszczę - lamentowała Rydel
-Ja też! - zawtórowała jej Livia.
-Nie
narzekajcie, bo druga taka okazja może się nie powtórzyć. Ja i moje
cudowne rączki mogą wam więcej nic nie ugotować - powiedziałem i
postawiłem przed dziewczynami talerze z goframi z bitą śmietaną i
owocami.
Jakoś
dały się przekonać i zjadły deser. Ja udałem się do kuchni aby
pozmywać, a Rydel zaprowadziła naszą nową koleżankę do swojego pokoju.
Fajnie dziś było, chociaż na początku nieźle się wystraszyłem, na
szczęście wszystko dobrze się skończyło.
____________________________________________________
No to ten...tak trochę króciutko, ale jakoś ostatnio nie mam weny, a po za tym masa nauki :( i czasu też braknie.
Komentujesz=motywujesz
Pozdrawiam :*
-Alex
Livia
-Mike, zabiję cię! - krzyczałam na brata. Jak on może być taki cofnięty w rozwoju?
-Dobra, młoda opanuj się, takich bluzek jest milion na świecie. Kupię ci drugą.
-Ale ja nie chcę drugiej! Chcę tą. Moją drugą ulubioną, którą właśnie zniszczyłeś.
-Powiedziałem, że kupię ci inną.
-Ty jesteś głupi czy głuchy? Mówię, że nie chcę nowej, chcę tą! - uparcie trzymałam swego. Nagle do domu weszła Cassia.
-Hej wszystkim - powitała nas, ale odezwała się tylko cisza. -Co wy tacy cisi? Umarł ktoś?
-Tak,
właśnie Mike posłał moją bluzkę w zaświaty i nawet nie przeprosił! -
wydarłam się na cały dom. Miałam nadzieję, że do tego pustaka coś
dotrze.
-Kochana
siostrzyczko, nie martw się. Z facetami to jest tak, że są za męscy na
uczucia, za dumni by przeprosić i za głupi by cokolwiek naprawić -
powiedziała i puściła mi oczko. Mina brata była bezcenna. Tak go
zatkało, że stał jak słup z otwartymi ustami i nie był w stanie nic
wydusić z siebie ani słowa.
-Dobra, jak uśmierciłeś tę bluzkę? - przerwała milczenie Cassia.
-No...Jakoś tak wyszło. Och, dajcie mi już spokój. Przyznaję: mój błąd. Przepraszam.
-No
dobra, wybaczam. Nie będę cię stresować bo jeszcze wyłysiejesz i żadna
laska cię nie weźmie - rzuciłam i zaczęłam się śmiać, a potem dołączyła
do mnie siostra. Jak ja uwielbiam go wkurzać.
-Dobra,
koniec tych śmiechów. Livia, zabieraj klamoty i won na uczelnię bo się
spóźnisz i Jess będzie się wściekać - odpowiedział lekko urażony Mike. Nie chcę myśleć jaką zemstę
szykuje w tej swojej nikczemnej główce. Ledwo co nie udusiłam
się ze śmiechu. Gdy w końcu trochę się opanowałam zabrałam swoje rzeczy i
wyszłam z domu.
Rydel
-W
tej chwili masz wyjść z tej łazienki! Kolejny raz powtarzać nie będę.
Jak nie wyjdziesz to dzwonię po ślusarza, on raz dwa otworzy zamek, ja
wejdę do środka i nie będzie mnie to interesowało czy jesteś ubrany czy
nie, a może leżysz w wannie, po prostu chwycę coś i walnę cię w łeb i
jeszcze namówię chłopaków żeby to nagrali i potem wstawili na Facebooka,
Twittera i YouTube wtedy będzie przypał, a tego chyba nie chcesz... -
powiedziałam jednym tchem stojąc i waląc pięścią w drzwi łazienki.
-Opanuj
się kobieto! Sąsiedzi jeszcze pomyślą, że uciekłaś od czubków - rzucił
Ross, który właśnie otworzył drzwi. -Już widzę te pierwsze strony lokalnych gazet: ''Rydel
Lynch, nowa mieszkanka Nowego Yorku - psychopatką'', ''Rydel Lynch znęca się nad rodziną'', Rydel
Lynch...'' - nie dokończył bo uderzyłam go ręką w tył głowy a potem
poprawiłam jeszcze na plecach. Weszłam do toalety i z całą siłą
trzasnęłam drzwiami. Dziwne, że nie wyleciały z futryn...
-I my nie mamy sąsiadów głąbie! - krzyknęłam przez zamknięte drzwi.
-Dzieci drogie, uspokójcie się - usłyszałam głos mamy, która chyba przybyła z odsieczą. Tak właśnie wyglądało te samotne mieszkanie. Mama przesiadywała u nas całymi dniami i wychodziła wieczorem.
-To
ona zaczyna. Nie można się nawet wykąpać - powiedział Ross, jak zwykle
udający niewiniątko. Nie miałam ochoty komentować tego, więc nic nie
odpowiedziałam. Niech głupek wmawia sobie, że uznałam swoją niższość.
Opuściłam pomieszczenie po 30 minutach. Poszłam na dół do kuchni, gdzie cała banda siedziała przy stole i jadła śniadanie.
-Siadaj
sis, bo zaraz nic nie będzie na tym stole - zaprosił mnie Riker.
Czasami mam wrażenie, że tylko on potrafi być poważny...dorosły.
-Teraz? Jak zostały same resztki? Pfff... idę zrobić sobie kanapkę.
-Ej,
nie wygłupiaj się i siadaj. Ja pójdę zrobić ci tą kanapkę - powiedział
Riker. Co mu się stało? Wiem co przed chwilą mówiłam, ale tego się nie
spodziewałam nawet po nim.
-No
dobra, skoro tak to czemu nie - usiadłam przy stole a brat poszedł do
kuchni. Wrócił po około 5 minutach z trzema kanapkami na talerzu i gorącą
herbatą.
-Proszę bardzo.
-Mmmm....dziękuję
Riker - rzekłam i cmoknęłam brata w policzek. Kanapki były nawet nie
złe, o dziwo nie otrułam się. Gdy skończyłam odniosłam wszystko do
kuchni.
-Rydel, kiedy wybierasz się do studia? - spytał Riker gdy siedziałam na kanapie i przeglądałam jakiś magazyn modowy.
-Właśnie miałam tak iść.
-No to ją cię podwiozę.
-Dobra, gadaj czego chcesz. Najpierw kanapki teraz to? Na pewno nie robisz tego bezinteresownie - powiedziałam co myślałam.
-Nic nie chcę, chcę być tylko dla ciebie miły.
-No
dobra, idź po kluczyki - rzuciłam i ruszyłam do wyjścia. Założyłam
buty, zabrałam torebkę i wyszłam na ganek. Był piękny dzień. Ptaszki
ćwierkały, słońce świeciło, Riker widocznie dostał udaru co było z
korzyścią dla mnie. Założyłam okulary przeciwsłoneczne i powoli zeszłam
po schodkach. Dotarłam do auta brata i oparłam się o nie. W końcu
przybył pierworodny Lynch.
-Robiłeś te kluczyki czy co?
-Taa... Ross je schował i nie chciał powiedzieć gdzie, więc musiałem go stłuc - roześmiał się.
-Należało mu się - skwitowałam i wsiadłam do wozu.
-Wczoraj potulny jak baranek, a dziś diabeł wcielony. Dobrze że rodzice są w domu, bo jeszcze roznieśliby z Willem cały dom.
-Jakim Willem?
-No tym....jak on się nazywa...Blake, Will Blake.
-Aaaa...kojarzę, ten kumpel Rossa z tego pamiętnego wypadu do dyskoteki.
-Właśnie tak.
-No to ja już nic nie mówię.
Riker
Jechaliśmy
praktycznie pustą drogą. Gadaliśmy, śmialiśmy się i po około 20
minutach byliśmy na miejscu. Rydel poszła na rozmowę, a ja zostałem w
samochodzie. Siedziałem, słuchałem muzyki i obserwowałem zatłoczone
chodniki. Ludzi śpieszących do pracy, rodziców prowadzących dzieci do
przedszkoli i staruszków chodzących pod rękę uśmiechniętych i wesołych.
Minęło 30 minut a Rydel już wróciła. Była cała promienna, więc oznaczało
to tylko jedno.
-Niech zgadnę, masz tę robotę - od razu rzuciłem patrząc przed siebie.
-Wróżka Riker, oczywiście że tak.
Odwróciłem twarz w jej stronę, lekko odchyliłem okulary i powiedziałem:
-No to jedziemy to uczcić!
Rydel wsiadła do mojego niedawno kupionego Mustanga GT
kabrioletu i ruszyliśmy przed siebie. Wiatr mierzwił nam włosy, muzyka
grała tak głośno jak się tylko dało a my śpiewaliśmy, chociaż czasami
nie znaliśmy słów. Jechałem dość szybko, byłem bardzo rozkojarzony i
bardziej skupiony na muzyce niż na drodze. Tak się wygłupialiśmy, że
ledwo co zauważyłem dziewczynę przechodzącą przez jezdnię, zbyt późno
zacząłem hamować i prawie bym ją zabił. Na szczęście ona zauważyła mnie i
cofnęła się, ale niewystarczająco daleko. Przetoczyła się przez maskę
auta i znalazła się po drugiej stronie samochodu.
-Jezu, Riker coś ty narobił! - krzyknęła Rydel i złapała się w rozpaczy za głowę.
Szybko
wysiadłem i pobiegłem do dziewczyny. Sprawdziłem czy oddycha, a potem
zbadałem puls. Wszystko było tak jak trzeba, oddychała i wyczuwałem
puls. Uniosłem jej głowę i ułożyłem ją na swoich kolanach. Odgarnąłem
włosy z jej twarzy i lekko zacząłem klepać po policzkach w nadziei, że
się ocknie. Podeszła do mnie Rydel, ciągle w szoku.
-I co z nią? - spytała cicho.
-Na pewno żyje.
-Zabierzmy ją do szpitala, to że żyje to jeszcze o niczym nie świadczy, może mieć urazy wewnętrzne.
-Jeśli
ją tam zabierzemy, to lekarze będą się pytali co się stało Livii i co
wtedy powiemy? Spadła z drabiny? Nigdy w to nie uwierzą. Będę musiał
powiedzieć, że ją potrąciłem a wiesz co to oznacza? To wiąże się z tym,
że w najgorszym wypadku mogę nawet pójść siedzieć.
-Skąd wiesz jak ma na imię?! - rzuciła zdziwiona Rydel.
-Jest w mojej grupie tanecznej. Zdążyliśmy się już poznać.
-Riker, nie mamy innego wyjścia, musimy ją zabrać do nas do domu.
-Masz
rację - powiedziałem i delikatnie uniosłem dziewczynę. Położyłem ją na
tylnym siedzeniu. Siostra usiadła koło niej aby mieć na nią oko.
Usiadłem za kierownicą i ruszyłem przed siebie. Jechałem szybko, bo
bałem się o jej życie, ale tym razem patrzyłem na drogę.
_______________________________________________
Przybywam
z nowym rozdziałem!! Nareszcie zaczyna się coś dziać, już myślałam że
to nigdy nie nastąpi. Mam nadzieję że się podoba. A tak przy okazji,
chciałam Wam życzyć Wesołych świąt!!! I oczywiście mokrego dyngusa :*
Czytajcie, komentujcie i pamiętajcie:
''Komentujesz - motywujesz''
Trzymajcie się cieplutko :*
-Alex