sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 5

Livia
Obudziłam się z wielkim bólem głowy. Ale co tu się dziwić, po wczorajszym zdarzeniu to bardzo możliwe. Rozglądałam się po pokoju Rydel. To bardzo ładne pomieszczenie, takie kolorowe, żywe i gustowne. Znam ją dopiero jeden dzień, ale już teraz bardzo lubię, tak jak Rikera, bo reszty tak na prawdę nie znam. Może dziś nawiążemy jakiś kontakt, wydają się fajną rodzinką.
Powoli wstałam z łóżka, spojrzałam na zegarek który wskazywał godzinę 9:27.
Postanowiłam się ubrać w czyste ubrania...chwila, nie mam czystych ubrań. Kurde...Nie mogę też założyć tamtych bo bluzka jest umazana krwią. Jak Riker we mnie wjechał to uderzyłam się w głowę i rozcięłam sobie łuk brwiowy. No cóż....idę na śniadanie w piżamie. Zeszłam na dół i poszłam do kuchni. Wszyscy siedzieli przy stole, jedli śniadanie i byli normalnie ubrani, tylko oczywiście Livia musiała być w piżamie.
-Ooo....Livia przyszła! Siadaj - zaprosił mnie Ross. Postanowiłam, że poproszę Rydel o coś do ubrania, ale zrobię to po śniadaniu.
Usiadłam pomiędzy Rikerem a Rossem. Wzięłam jedną z kanapek z serem i sałatą leżących na talerzu przede mną i zaczęłam jeść. Potem wzięłam jeszcze jedną,  tym razem z szynką i pomidorem. Wypiłam herbatę, a w między czasie gadałam z chłopakami o różnych rzeczach. Riker przeprosił mnie już ze 153 razy, a dzień się jeszcze nie skończył...Wstałam od stołu, zabrałam mój kubek oraz talerz i wstawiłam do zlewu, obok którego stała pani Lynch. Uśmiechnęła się do mnie i puściła mi oczko. Panie Stormie to bardzo miła kobieta.
-Rydel, mogę cię prosić na słówko? - rzuciłam do dziewczyny po zjedzonym posiłku.
-Jasne.
Wyszłyśmy z kuchni i poszłyśmy do salonu.
-Rydel mam taką małą prośbę. Bo wczoraj po tym wypadku moje ubrania są w krwi...
-Jasne, że ci dam jakieś ciuszki. Chodź idziemy do mnie! - odpowiedziała chociaż nie powiedziałam do końca o co mi chodzi.
Weszłyśmy do sypialni, Rydel podeszła do swojej ogromnej szafy i ją otworzyła a ja zaniemówiłam. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu ubrań! Od koronek po falbany aż do skóry. Było tam dosłownie wszystko.
-Jacie - tylko tyle potrafiłam wydusić.
-No co? Kobieta musi mieć się w co ubrać...
-Oj tak! Tu nie mogę się nie zgodzić.
-No to wybieraj. Możesz wziąć co tylko chcesz.
-No bez jaj. To twoja szafa, ty mi coś wybierz....dziwnie się czuję, nie będę ci grzebać.
-Ale kiedy ci na to pozwalam  to nie jest już grzebanie - rzekła i uśmiechnęła się szeroko.
Stanęłam przed tym ''rajem'' i zaczęłam oglądać. Wszystko dokładnie i po kolei. W końcu wybrałam długie czarne jeansy, białą koszulkę na ramiączka z napisem i krótką granatową bluzę, sięgającą tylko do talii. Zabrałam wszystko i ruszyłam w stronę łazienki,
-Rydel?
-Tak?
-Masz może tusz do rzęs? - spytałam nieśmiało
Dziewczyna wróciła do pokoju, pogrzebała w szufladzie i przyniosła mi to o co prosiłam.
-Trzymaj, masz jeszcze tu błyszczyk. Spokojnie, dopiero co kupiłam i jeszcze go nie używałam - podała mi rzeczy i oddaliła się.
Weszłam do toalety. Ubrałam spodnie, potem koszulkę, a bluzę zawiązałam na biodrach. Obmyłam twarz zimną wodą, zaplotłam moje blond włosy w luźnego warkocza na bok a potem zrobiłam makijaż. Opuściłam pomieszczenie, a na korytarzu wpadłam na Rossa.
-Och...przepraszam - powiedział pospiesznie chłopak i podniósł tusz oraz błyszczyk który upuściłam.
-Nic się nie stało - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. Wyminęłam go i zeszłam na dół po schodach. Odnalazłam Rydel. Była w ogrodzie, leżała na leżaku w pobliżu basenu.
-Dziękuję - powiedziałam oddając dziewczynie kosmetyki.
-Błyszczyk zachowaj - odpowiedziała biorąc jedynie tusz.
-Skoro tak... Chyba będę się zbierać do domu. Cassia pewnie na mnie czeka.
-Juuuuż? - usłyszałam za plecami głos Rikera, który przeciągnął literkę ''u'' tak, że brzmiał jak małe dziecko.
-No niestety.
-To ja cię odwiozę!- krzyknął entuzjastycznie
-Co to to nie - odpowiedziałam z lekkim strachem. Po wczorajszej sytuacji nie chcę widzieć na oczy żadnego samochodu. -A tak serio to przejdę się kawałek dopóki mój brat nie przyjedzie. Jest bardzo ładny dzień, grzech nie korzystać i wozić dupę w aucie - dodałam i roześmiałam się, a Rydel i Riker zawtórowali mi.
-No to do zobaczenia! Ale serio zadzwoń po brata bo do centrum jest jakieś 7 kilometrów- powiedziała blondynka podając kartkę i mocno mnie ściskając.
-Co to za kartka? - spytałam ledwo łapiąc powietrze spod uścisku dziewczyny.
-To są nasze numery telefonu. W razie czego dzwoń o każdej porze dnia! - odpowiedziała gdy już mnie puściła. Potem przytulił mnie Riker.
-Jeszcze raz przepraszam.
-Wiesz, że mówisz to 154 raz? - odpowiedziałam a wtedy chłopak zaczął się śmiać. -No to do zobaczenia.
Weszłam jeszcze do domu, aby pożegnać się z panią Lynch i resztą rodziny. Nie obyło się bez krótkiej pogawędki ze Stormie. Potem opuściłam mieszkanie i udałam się do swojego domu. Co prawda zadzwoniłam po Mike'a, ale zanim on ruszy cztery litery to minie wieczność. Trudno, musiałam jakoś przeżyć, w końcu nie takie odległości się pokonywało.
Minęło jakieś 1,5h od kiedy opuściłam posiadłość Lynchów. Wiał lekki wietrzyk, szłam dość szybkim tempem, słuchałam muzyki lecącej bezpośrednio z telefonu, gdyż nie miałam słuchawek i gdy właśnie leciała jedna z moich ulubionych piosenek ''This is war'' zespołu 30 Seconds of Mars, dostałam sms-a od nieznajomego numeru. Pomyślałam sobie, że to może od Rydel lub Rikera. Odblokowałam komórę i przeczytałam treść SMS-a: ''Lepiej załóż tę bluzę co masz na bioderkach, jeszcze się przeziębisz, a tego nie chcemy...''. To na pewno nie był SMS od  Rydel, Rikera ani nikogo innego z rodziny Lynchów, to nie w ich stylu (przynajmniej tak myślę). Ten SMS musiał przysłać ktoś kto mnie widzi, ale skąd on ma mój numer?! Zaczęłam się gorączkowo rozglądać wokół siebie. Patrzyłam na domy, spoglądałam w okna czy ktoś w nich nie stoi i obserwowałam przydomowe ogrody. Po chwili dostałam kolejną wiadomość: ''Nic ci nie da te rozglądanie się, i tak mnie nie zobaczysz kotku :*''.
 Przeraziłam się, aż przeszły mnie ciarki. Robiło mi się na zmianę zimno i ciepło. Ogólnie jestem odważną osobą, ale muszę przyznać że to mnie na prawdę przestraszyło. Zaczęłam się rozglądać ponownie, ale teraz bardziej dyskretnie. Nagle usłyszałam huk, jakby ktoś uderzył mocno w jakąś blachę. Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Zrobiłam to bardzo, ale to bardzo powoli, nie wiedziałam co mnie czeka. Okazało się, że to jakieś głupie koty szukały jedzenia w śmietnikach i skakały z jednego na drugi robiąc przy tym hałas. Lekko odetchnęłam, ale wolałam nie ryzykować. Postanowiłam zadzwonić do Mike, aby się pośpieszył.
-Mike, proszę cię pośpiesz się, jedziesz już półtorej godziny i dojechać nie możesz - szybko powiedziałam gdy odebrał.
-Oh...wypadło mi coś ważnego, a magiczne słowo?
-Proooszę - specjalnie przeciągnęłam ''o'', aby było bardziej przekonujące. Miałam ochotę na niego krzyczeć, żeby nie bawił się w jakieś podchody, ale gdybym to zrobiła to on a złość mi, specjalnie jechał by jak najwolniej.
-No dobra, gdzie jesteś?
-Emmm...umówmy się, że będę w Starbucks pomiędzy w pobliżu 66 St - Lincoln Center. Podałam ten adres, gdyż już dotarłam do centrum. Tak, przeszłam 7 kilometrów, no ale jeśli ma się brata lenia to nie ma co się dziwić. A mogłam zgodzić się na propozycję Rikera.
-Ok, wiem gdzie to jest, to do zobaczenia.
-Tylko szybko - powiedziałam i rozłączyłam się. Ruszyłam w stronę miejsca spotkania. Byłam na miejscu już po około 10 minutach. Weszłam do lokalu i zamówiłam dwie Latte Macchiato na wynos. Zapłaciłam i wyszłam. Na zewnątrz stał już Mike i czekał w aucie.
 Wsiadłam do samochodu i podałam bratu kawunię.
-Och, dzięki wielkie - podziękował Mike i pocałował mnie w policzek. -No to teraz ja odwiozę cię do domu, bo umówiłem się z chłopakami w warsztacie. A po drodze, porozmawiamy - dodał poważnym tonem. O co mu chodziło?
Ruszyliśmy, przez pierwsze 15 minut nic nie mówił, ale potem...
-No, to pochwal się co zrobiłaś...
-Ale o co ci chodzi?
-Nie udawaj, dobrze wiesz o co - czego on chce? Z każdym kolejnym słowem, co raz bardziej gubiłam się.
-Dobra, możesz jaśniej, bo ja serio nie mam pojęcia co ty pieprzysz.
-Nie dość, że szarżujesz po drogach jak jakiś kierowca rajdowy-amator, to jeszcze potrącasz człowieka! Livia, co ty robisz?! To do ciebie nie podobne. Wiesz co by było gdyby...
-...Gdybyś uważniej słuchał Cassii? Tak, wiem...wiedział byś że to nie ja kogoś potrąciłam, tylko ktoś potrącił mnie! - wykrzyczałam i nagle Mike zatrzymał się na środku, co prawda, pustej ulicy.
-To jakiś żart, prawda?
-Pff...żart to jesteś ty!
-Dobra, jak to się stało?
-No normalnie, przechodziłam przez jezdnię, no dobra nie na pasach...I nagle nadjechał samochód i buuum. Potem obudziłam się w jakimś domu. Okazało się, że ten chłopak zaopiekował się mną.
-Ma gnój szczęście.
-Dobra, uspokój się i zawieź mnie do domu.
Po 4 godzinach byliśmy już pod domem. Tak, 4 godziny. Mój brat ma na serio nierówno pod sufitem. Prosiłam, aby od razu zawiózł mnie do domu, to nie. Musiał jeszcze jechać do salonu, obejrzeć nowe autka, potem jeszcze gdzieś bo miał się tam spotkać z jakimś kolesiem, który oferował mu sprzedaż swojego samochodu. Tam rozmawiał z nim około 1,5 negocjując i oglądając dokładnie każdy skrawek samochodu. Już myślałam że wyjmie linijkę i zacznie mierzyć grubość opon. Na koniec pojechał jeszcze do warsztatu, chociaż miał to zrobić później. Wysiadłam z auta i pobiegłam do domciu. Okazało się, że było już grubo po 21:00. 
 Weszłam do środka i ruszyłam w stronę kuchni. Tak jak myślałam, Cassia tam była i znowu coś pichciła.
-Hej, siostra, co robisz? - spytałam podchodząc do niej i przytulając się.
-Robię ciasto. Dostałam dziś przepis od Inez. Mówię ci, ono jest tak pyszne, że jesz i nie możesz przestać.
-Wszystko co z twoich rąk wychodzi jest pyszne.
-A jak się czujesz, nic cię nie boli?
-Nie, Riker i jego rodzina bardzo dobrze się mną zaopiekowali.
-Cieszę się. Siadaj zaraz zrobię co coś do jedzenia.
-Wiesz, nie jestem specjalnie głodna. Wezmę sobie jogurt - powiedziałam i podeszłam do lodówki. Wzięłam z niej niewielki plastikowy kubeczek i ruszyłam schodami na górę do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku i zaczęłam konsumować. Gdy skończyłam odstawiłam kubek na szafkę nocną i podeszłam do okna. Było już całkiem ciemno. Otworzyłam okno aby posłuchać cykania świerszczy. Oparłam się o parapet i lekko wychyliłam głowę. Naturalna muzyka, piękne gwieździste niebo oraz niesamowicie świeże powietrze. Coś pięknego. Moje ''odpływanie do krainy czarów'' przerwały wibracje w kieszeni. Przyszedł SMS. Wyciągnęłam telefon i odczytałam jego treść. Zamarłam. ''Piękne prawda? Te gwiazd, te świerszcze...cudowne. Wiesz, ładnie wyglądasz. Miłej nocy :*''

________________________________________________________________
Siemaneczko :D Przybywam z nowym rozdziałem! No, co ja tu będę wiele pisać... Mogę wam życzyć miłej niedzieli :) No to do zobaczenia.
Zachęcam do czytania, głosowania w ankiecie ''Czy podoba ci się mój blog?'' no i oczywiście do komentowanie. Proszę komentujcie, bo mam 7 rozdziałów i nawet nie miałam 10 kom. razem wziętych. A wiecie, jak dla mnie, dla nas blogerek jest to ważne. Wtedy wiemy, że ktoś czyta, że robimy to dla kogoś i ten ktoś nas docenia...
Komentujesz = motywujesz

-Alex

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział 4

Riker
To chyba cud, ale po 10 minutach staliśmy już pod domem. Rydel pobiegła do mieszkania, aby otworzyć mi drzwi. Niosłem Livię, nie wiedząc co będzie się działo dalej. A jeśli trzeba będzie odwieźć ją do szpitala? Wolę o tym nie myśleć. Wniosłem dziewczynę do domu i ruszyłem w stronę salonu. Gdy tam wszedłem Ross, Ryland i Will grali na konsoli. Kiedy nas zobaczyli zeszli z kanapy, abym mógł położyć tam Livię.
-Livia?! - rzucił z niedowierzaniem Will. Widocznie musiał ją znać. - Boże, co się stało?
-Jechaliśmy samochodem i jakoś tak wyszło, że jej nie zobaczyłem i potrąciłem ją.
-Jakoś tak wyszło? Chłopie, czy ty się słyszysz?! - chłopak był na prawdę wściekły. -Mogłeś ją zabić idioto!
-Chłopaki, opanujcie się. To nie czas i miejsce na takie zachowania. Livia potrzebuje pomocy - powiedziała Rydel. -Ross, leć po mamę!
Chłopak wyleciał z pokoju jak strzała i po dokładnie kilku sekundach wrócił z rodzicem.
-Jezus Maria, co wyście znowu wyczynili?
-W skrócie potrąciłem ją i ona teraz potrzebuje pomocy.
-To czemu nie zawieziesz jej do szpitala?
-Mamo, a wiesz że za takie coś mogę ponieść poważne konsekwencje?
-Dobrze, spokojnie. Riker, wiem co to może oznaczać, ale nie mamy innego wyjścia, musimy dzwonić po pogotowie. A jeśli ona umrze? Wtedy dopiero będziesz miał kłopoty i to bardzo poważne - mówiła mama. 
Nie docierało to do mnie. Wszyscy na nią patrzyli i nie widzieli co mają powiedzieć.
Blada twarz dziewczyny pozostawała niewzruszona. Jej długie blond włosy ułożyły się idealnie na jej szczupłych ramionach, a bladoróżowe usta były lekko rozchylone. Gdy na nią patrzyłem przechodził mnie dreszcz. Tak bardzo bałem się, że tej dziewczynie stało się coś poważnego. I już nawet nie martwiłem się o to, że poniosę konsekwencje. W tamtym momencie, modliłem się tylko aby się obudziła, aby nic jej nie było. 
Nie pozostało nam nic innego jak czekać, wiem to idiotyzm, że od razu nie zawiozłem jej do szpitala, ale tak bardzo się bałem że pójdę siedzieć. Gdzieś w mojej głowie siedziało również pytanie: ''Co powiedzą ludzie?'', ale starałem się je wyeliminować, bo takie myślenie to egoizm, bo to oznacza, że martwię się tylko o siebie, a tak nie było.
Moje rodzeństwo rozeszło się po pokojach, i tak nie wiedzieli co począć, ja wziąłem krzesło i postawiłem je przy kanapie, tuż obok leżącej Livii, ale nie byłem sam. Will również usiadł obok dziewczyny, lecz z większym odstępem. Mama co jakich czas wpadała aby sprawdzić czy poszkodowana nie odzyskała przytomności. Siedzieliśmy tak około trzech godzin. Żadnemu z nas nawet przez myśl nie przeszło aby iść sobie i zostawić Livię. Wlepiałem swój wzrok w okno. Obserwowałem to co się dzieje na zewnątrz. Co jakiś czas przejeżdżało jakieś auto, od czasu do czasu pojawiał się jakiś rowerzysta albo bezpański pies włóczył się po ulicy. W sumie to trochę mnie to dziwiło. Widocznie myliłem się co do tego, że nie ma tu ludzi. 
Dzień był bardzo ładny, słoneczny i ciepły. Aż chciało się wyjść na dwór aby...
-Wody...- usłyszałem cichutki głosik. Odwróciłem gwałtownie głowę i zobaczyłem, że te słowa wyszły z ust Livii. Dziewczyna miała zamknięte oczy, ale lekko ruszała głową. Spojrzałem przelotnie na siedzącego obok Willa, zerwałem się i szybko pognałem do kuchni. Wyjąłem z szafki szklankę, wlałem do niej wody i wróciłem. Uniosłem lekko głowę dziewczyny, aby ułatwić jej czynność. Livia wzięła kilka łyków i opadła głową na poduszki.
-Livia? Słyszysz mnie? - powiedział Will, który właśnie podszedł do dziewczyny i chwycił ją za rękę.
-Tak - odpowiedziała ledwo słyszalnie.
-Boli cię coś? - spytałem.
-Trochę głowa, ale to normalne po czymś takim. I gwarantuję, że żaden szpital nie jest potrzebny. Nic mi nie jest, ale przydałaby się jakaś tabletka na ten ból jeśli można.
Po tych słowach Rydel, która nie wiadomo kiedy się pojawiła, popędziła do kuchni. Wróciła po około 2 minutach z opakowaniem tabletek.
-Już myślałam, że ich nie znajdę - powiedziała wyciągając jedną tabletkę. Podała ją dziewczynie, która wzięła ode mnie kubek i połknęła pigułkę popijając ją jego zawartością.
Kiedy dziewczyna poczuła się lepiej, wyjęła telefon, zadzwoniła do swojej siostry, aby poinformować ją o całym zdarzeniu. Cassia - bo tak siostra miała na imię, chciała przyjechać i zabrać ją do domu. Wtedy zabrałem Livii telefon.
-Cześć, jestem Riker. Livia jest teraz w moim domu i może tu zostać jak długo tylko chce - gdy wymawiałem te słowa Livia patrzyła na mnie wzrokiem typu ''oszalałeś?!'', ale nie zwracałem na to uwagi. -To moja wina, że jest teraz w takim  stanie i muszę to jakoś wynagrodzić. Jeśli jesteś na mnie zła, jako jej siostra, za to co się stało to rozumiem cię. Sam jestem na siebie zły. Możesz nazywać mnie jak chcesz, ale ja i tak pomogę Livii, jestem jej to winien - mówiłem i nie dawałem dojść Cassii do słowa.
-Hej, dasz mi coś powiedzieć? - udało się jej wypowiedzieć.
-Tak, proszę.
-Nie będę cię ganiła i wyzywała za to co się stało. Każdemu mogło to się stać. Rozumiem cię, na prawdę, choć przyznam że jestem zdenerwowana.
Kiedy dziewczyna to powiedziała zrobiło mi się jakoś raźniej...lepiej. Ktoś mnie rozumiał
Gdy się rozłączyłem oddałem Livii komórkę i spytałem jak się czuje. Odpowiedziała, że oprócz tego że boli ją głowa i prawa ręka na którą upadła, wszystko jest ok.
-Toooo....gdzie będę spała? - spytała po chwili.
-No to chyba jasne że ze mną - taki tam mały żarcik, ale jej mina - bezcenna.
-No chyba śnisz.
-Dobra, to był żart. Albo możesz spać tu na kanapie, albo w pokoju mojego brata Rockie'go, który dziś jest nieobecny, więc ma wolny pokój. Co wybierasz?
-Tu mi wygodnie - powiedziała nieśmiało gładząc oparcie kanapy.
-Oooo nie, w takim razie ja przeniosę się do brata, a ty będziesz spała u mnie - usłyszałem nagle głos Rydel. -Gość taki jak ty i w takim stanie jak twój nie będzie spał na kanapie.
-Dziękuję - odpowiedziała ranna i lekko się uśmiechnęła.
-No to co jemy na kolację - spytałem chcąc się podlizać.
-No nie wiem, nie wiem - rzuciła Rydel. -Może zdajmy się na ciebie...szefie - dodała i puściła mi oczko.
Wparowałem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Widok mnie zadowolił, bo dzięki mamie nie musiałem lecieć do sklepu. Wyjąłem potrzebne produkty i zabrałem się do pracy. Po godzinie moje danie niespodzianka było gotowe. Otworzyłem nawet winko, jak dziewczynom się należy. Zabrałem tacę i poszedłem do salonu. Dziewczyny siedziały na kanapie i rozmawiały. Widać, że zdążyły się bardzo polubić.
-E Viola! - rzekłem stawiając danie na stole i przysuwając małą ławę bliżej kanapy, aby dziewczynom było wygodniej.
-Mmmm... wygląda i pachnie przepysznie - pochwaliła Livia -A cóż to jest?
-To, moja droga, jest łosoś pieczony z musztardą i cienką szynką na sałatce ze szpinaku i musztardowo-miodowym dressingiem.
-Wow, nie dość że pachnie świetnie, wygląda świetnie to jeszcze brzmi świetnie - zaśmiała się Livia.
-No to bierzemy się do jedzenia! - powiedziałem.
-A reszta rodzinki? - spytała Rydel
-Rodzice, Ross i Ryland poszli na miasto, a Rocky...sam nie wiem gdzie jest.
-Dobra, jedzmy!
Po około 20 minutach talerze były puste. Dziewczyny były rozłożone na kanapie i trzymały się za brzuchy.
-Alee się najadłam - powiedziała Livia.
-To jeszcze nie koniec - rzuciłem i pobiegłem do kuchni po deser. Wstawiłem nasze talerz do zmywarki i zabrałem stojący na blacie deser który przygotowałem gdy dziewczyny jeszcze jadły.
-No chyba sobie żartujesz! Ja już nic więcej nie zmieszczę - lamentowała Rydel
-Ja też! - zawtórowała jej Livia.
-Nie narzekajcie, bo druga taka okazja może się nie powtórzyć. Ja i moje cudowne rączki mogą wam więcej nic nie ugotować - powiedziałem i postawiłem przed dziewczynami talerze z goframi z bitą śmietaną i owocami.
Jakoś dały się przekonać i zjadły deser. Ja udałem się do kuchni aby pozmywać, a Rydel zaprowadziła naszą nową koleżankę do swojego pokoju. Fajnie dziś było, chociaż na początku nieźle się wystraszyłem, na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

____________________________________________________
No to ten...tak trochę króciutko, ale jakoś ostatnio nie mam weny, a po za tym masa  nauki :( i czasu też braknie.
Komentujesz=motywujesz
Pozdrawiam  :*
-Alex
 

środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 3

Livia 
-Mike, zabiję cię! - krzyczałam na brata. Jak on może być taki cofnięty w rozwoju?
-Dobra, młoda opanuj się, takich bluzek jest milion na świecie. Kupię ci drugą.
-Ale ja nie chcę drugiej! Chcę tą. Moją drugą ulubioną, którą właśnie zniszczyłeś.
-Powiedziałem, że kupię ci inną.
-Ty jesteś głupi czy głuchy? Mówię, że nie chcę nowej, chcę tą! - uparcie trzymałam swego. Nagle do domu weszła Cassia.
-Hej wszystkim - powitała nas, ale odezwała się tylko cisza. -Co wy tacy cisi? Umarł ktoś?
-Tak, właśnie Mike posłał moją bluzkę w zaświaty i nawet nie przeprosił! - wydarłam się na cały dom. Miałam nadzieję, że do tego pustaka coś dotrze.
-Kochana siostrzyczko, nie martw się. Z facetami to jest tak, że są za męscy na uczucia, za dumni by przeprosić i za głupi by cokolwiek naprawić - powiedziała i puściła mi oczko. Mina brata była bezcenna. Tak go zatkało, że stał jak słup z otwartymi ustami i nie był w stanie nic wydusić z siebie ani słowa. 
-Dobra, jak uśmierciłeś tę bluzkę? - przerwała milczenie Cassia.
-No...Jakoś tak wyszło. Och, dajcie mi już spokój. Przyznaję: mój błąd. Przepraszam.
-No dobra, wybaczam. Nie będę cię stresować bo jeszcze wyłysiejesz i żadna laska cię nie weźmie - rzuciłam i zaczęłam się śmiać, a potem dołączyła do mnie siostra. Jak ja uwielbiam go wkurzać. 
-Dobra, koniec tych śmiechów. Livia, zabieraj klamoty i won na uczelnię bo się spóźnisz i Jess będzie się wściekać - odpowiedział lekko urażony Mike. Nie chcę myśleć jaką zemstę szykuje w tej swojej nikczemnej główce. Ledwo co nie udusiłam się ze śmiechu. Gdy w końcu trochę się opanowałam zabrałam swoje rzeczy i wyszłam z domu.

Rydel
-W tej chwili masz wyjść z tej łazienki! Kolejny raz powtarzać nie będę. Jak nie wyjdziesz to dzwonię po ślusarza, on raz dwa otworzy zamek, ja wejdę do środka i nie będzie mnie to interesowało czy jesteś ubrany czy nie, a może leżysz w wannie, po prostu chwycę coś i walnę cię w łeb i jeszcze namówię chłopaków żeby to nagrali i potem wstawili na Facebooka, Twittera i YouTube wtedy będzie przypał, a tego chyba nie chcesz... - powiedziałam jednym tchem stojąc i waląc pięścią w drzwi łazienki.
-Opanuj się kobieto! Sąsiedzi jeszcze pomyślą, że uciekłaś od czubków - rzucił Ross, który właśnie otworzył drzwi. -Już widzę te pierwsze strony lokalnych gazet: ''Rydel Lynch, nowa mieszkanka Nowego Yorku - psychopatką'', ''Rydel Lynch znęca się nad rodziną'', Rydel Lynch...'' - nie dokończył bo uderzyłam go ręką w tył głowy a potem poprawiłam jeszcze na plecach. Weszłam do toalety i z całą siłą trzasnęłam drzwiami. Dziwne, że nie wyleciały z futryn...
-I my nie mamy sąsiadów głąbie! - krzyknęłam przez zamknięte drzwi.
-Dzieci drogie, uspokójcie się - usłyszałam głos mamy, która chyba przybyła z odsieczą. Tak właśnie wyglądało te samotne mieszkanie. Mama przesiadywała u nas całymi dniami i wychodziła wieczorem.
-To ona zaczyna. Nie można się nawet wykąpać - powiedział Ross, jak zwykle udający niewiniątko. Nie miałam ochoty komentować tego, więc nic nie odpowiedziałam. Niech głupek wmawia sobie, że uznałam swoją niższość.
Opuściłam pomieszczenie po 30 minutach. Poszłam na dół do kuchni, gdzie cała banda siedziała przy stole i jadła śniadanie.
-Siadaj sis, bo zaraz nic nie będzie na tym stole - zaprosił mnie Riker. Czasami mam wrażenie, że tylko on potrafi być poważny...dorosły. 
-Teraz? Jak zostały same resztki? Pfff... idę zrobić sobie kanapkę.
-Ej, nie wygłupiaj się i siadaj. Ja pójdę zrobić ci tą kanapkę - powiedział Riker. Co mu się stało? Wiem co przed chwilą mówiłam, ale tego się nie spodziewałam nawet po nim.
-No dobra, skoro tak to czemu nie - usiadłam przy stole a brat poszedł do kuchni. Wrócił po około 5 minutach z trzema kanapkami na talerzu i gorącą herbatą.
-Proszę bardzo.
-Mmmm....dziękuję Riker - rzekłam i cmoknęłam brata w policzek. Kanapki były nawet nie złe, o dziwo nie otrułam się. Gdy skończyłam odniosłam wszystko do kuchni.
-Rydel, kiedy wybierasz się do studia? - spytał Riker gdy siedziałam na kanapie i przeglądałam jakiś magazyn modowy. 
-Właśnie miałam tak iść.
-No to ją cię podwiozę.
-Dobra, gadaj czego chcesz. Najpierw kanapki teraz to? Na pewno nie robisz tego bezinteresownie - powiedziałam co myślałam.
-Nic nie chcę, chcę być tylko dla ciebie miły.
-No dobra, idź po kluczyki - rzuciłam i ruszyłam do wyjścia. Założyłam buty, zabrałam torebkę i wyszłam na ganek. Był piękny dzień. Ptaszki ćwierkały, słońce świeciło, Riker widocznie dostał udaru co było z korzyścią dla mnie. Założyłam okulary przeciwsłoneczne i powoli zeszłam po schodkach. Dotarłam do auta brata i oparłam się o nie. W końcu przybył  pierworodny Lynch.
-Robiłeś te kluczyki czy co? 
-Taa... Ross je schował i nie chciał powiedzieć gdzie, więc musiałem go stłuc - roześmiał się.
-Należało mu się - skwitowałam i wsiadłam do wozu.
-Wczoraj potulny jak baranek, a dziś diabeł wcielony. Dobrze że rodzice są w domu, bo jeszcze roznieśliby z Willem cały dom.
-Jakim Willem?
-No tym....jak on się nazywa...Blake, Will Blake.
-Aaaa...kojarzę, ten kumpel Rossa z tego pamiętnego wypadu do dyskoteki.
-Właśnie tak.
-No to ja już nic nie mówię.

Riker
Jechaliśmy praktycznie pustą drogą. Gadaliśmy, śmialiśmy się i po około 20 minutach byliśmy na miejscu. Rydel poszła na rozmowę, a ja zostałem w samochodzie. Siedziałem, słuchałem muzyki i obserwowałem zatłoczone chodniki. Ludzi śpieszących do pracy, rodziców prowadzących dzieci do przedszkoli i staruszków chodzących pod rękę uśmiechniętych i wesołych. Minęło 30 minut a Rydel już wróciła. Była cała promienna, więc oznaczało to tylko jedno.
-Niech zgadnę, masz tę robotę - od razu rzuciłem patrząc przed siebie.
-Wróżka Riker, oczywiście że tak.
Odwróciłem twarz w jej stronę, lekko odchyliłem okulary i powiedziałem:
-No to jedziemy to uczcić! 
Rydel wsiadła do mojego niedawno kupionego Mustanga GT kabrioletu i ruszyliśmy przed siebie. Wiatr mierzwił nam włosy, muzyka grała tak głośno jak się tylko dało a my śpiewaliśmy, chociaż czasami nie znaliśmy słów. Jechałem dość szybko, byłem bardzo rozkojarzony i bardziej skupiony na muzyce niż na drodze. Tak się wygłupialiśmy, że ledwo co zauważyłem dziewczynę przechodzącą przez jezdnię, zbyt późno zacząłem hamować i prawie bym ją zabił. Na szczęście ona zauważyła mnie i cofnęła się, ale niewystarczająco daleko. Przetoczyła się przez maskę auta i znalazła się po drugiej stronie samochodu. 
-Jezu, Riker coś ty narobił! - krzyknęła Rydel i złapała się w rozpaczy za głowę.
Szybko wysiadłem i pobiegłem do dziewczyny. Sprawdziłem czy oddycha, a potem zbadałem puls. Wszystko było tak jak trzeba, oddychała i wyczuwałem puls. Uniosłem jej głowę i ułożyłem ją na swoich kolanach. Odgarnąłem włosy z jej twarzy i lekko zacząłem klepać po policzkach w nadziei, że się ocknie. Podeszła do mnie Rydel, ciągle w szoku. 
-I co z nią? - spytała cicho.
-Na pewno żyje. 
-Zabierzmy ją do szpitala, to że żyje to jeszcze o niczym nie świadczy, może mieć urazy wewnętrzne.
-Jeśli ją tam zabierzemy, to lekarze będą się pytali co się stało Livii i co wtedy powiemy? Spadła z drabiny? Nigdy w to nie uwierzą. Będę musiał powiedzieć, że ją potrąciłem a wiesz co to oznacza? To wiąże się z tym, że w najgorszym wypadku mogę nawet pójść siedzieć.
-Skąd wiesz jak ma na imię?! - rzuciła zdziwiona Rydel.
-Jest w mojej grupie tanecznej. Zdążyliśmy się już poznać.
-Riker, nie mamy innego wyjścia, musimy ją zabrać do nas do domu.
-Masz rację - powiedziałem i delikatnie uniosłem dziewczynę. Położyłem ją na tylnym siedzeniu. Siostra usiadła koło niej aby mieć na nią oko. Usiadłem za kierownicą i ruszyłem przed siebie. Jechałem szybko, bo bałem się o jej życie, ale tym razem patrzyłem na drogę.

_______________________________________________
Przybywam z nowym rozdziałem!! Nareszcie zaczyna się coś dziać, już myślałam że to nigdy nie nastąpi. Mam nadzieję że się podoba. A tak przy okazji, chciałam Wam życzyć Wesołych świąt!!! I oczywiście mokrego dyngusa :*
Czytajcie, komentujcie i pamiętajcie:
''Komentujesz - motywujesz''
Trzymajcie się cieplutko :*
-Alex