Riker
To
chyba cud, ale po 10 minutach staliśmy już pod domem. Rydel pobiegła do
mieszkania, aby otworzyć mi drzwi. Niosłem Livię, nie wiedząc co będzie
się działo dalej. A jeśli trzeba będzie odwieźć ją do szpitala? Wolę o
tym nie myśleć. Wniosłem dziewczynę do domu i ruszyłem w stronę salonu.
Gdy tam wszedłem Ross, Ryland i Will grali na konsoli. Kiedy nas
zobaczyli zeszli z kanapy, abym mógł położyć tam Livię.
-Livia?! - rzucił z niedowierzaniem Will. Widocznie musiał ją znać. - Boże, co się stało?
-Jechaliśmy samochodem i jakoś tak wyszło, że jej nie zobaczyłem i potrąciłem ją.
-Jakoś tak wyszło? Chłopie, czy ty się słyszysz?! - chłopak był na prawdę wściekły. -Mogłeś ją zabić idioto!
-Chłopaki,
opanujcie się. To nie czas i miejsce na takie zachowania. Livia
potrzebuje pomocy - powiedziała Rydel. -Ross, leć po mamę!
Chłopak wyleciał z pokoju jak strzała i po dokładnie kilku sekundach wrócił z rodzicem.
-Jezus Maria, co wyście znowu wyczynili?
-W skrócie potrąciłem ją i ona teraz potrzebuje pomocy.
-To czemu nie zawieziesz jej do szpitala?
-Mamo, a wiesz że za takie coś mogę ponieść poważne konsekwencje?
-Dobrze,
spokojnie. Riker, wiem co to może oznaczać, ale nie mamy innego
wyjścia, musimy dzwonić po pogotowie. A jeśli ona umrze? Wtedy dopiero
będziesz miał kłopoty i to bardzo poważne - mówiła mama.
Nie docierało to do mnie. Wszyscy na nią patrzyli i nie widzieli co mają powiedzieć.
Blada
twarz dziewczyny pozostawała niewzruszona. Jej długie blond włosy
ułożyły się idealnie na jej szczupłych ramionach, a bladoróżowe usta
były lekko rozchylone. Gdy na nią patrzyłem przechodził mnie dreszcz.
Tak bardzo bałem się, że tej dziewczynie stało się coś poważnego. I już
nawet nie martwiłem się o to, że poniosę konsekwencje. W tamtym
momencie, modliłem się tylko aby się obudziła, aby nic jej nie było.
Nie
pozostało nam nic innego jak czekać, wiem to idiotyzm, że od razu nie
zawiozłem jej do szpitala, ale tak bardzo się bałem że pójdę siedzieć.
Gdzieś w mojej głowie siedziało również pytanie: ''Co powiedzą
ludzie?'', ale starałem się je wyeliminować, bo takie myślenie to
egoizm, bo to oznacza, że martwię się tylko o siebie, a tak nie było.
Moje
rodzeństwo rozeszło się po pokojach, i tak nie wiedzieli co począć, ja
wziąłem krzesło i postawiłem je przy kanapie, tuż obok leżącej Livii,
ale nie byłem sam. Will również usiadł obok dziewczyny, lecz z większym
odstępem. Mama co jakich czas wpadała aby sprawdzić czy poszkodowana nie
odzyskała przytomności. Siedzieliśmy tak około trzech godzin. Żadnemu z
nas nawet przez myśl nie przeszło aby iść sobie i zostawić Livię.
Wlepiałem swój wzrok w okno. Obserwowałem to co się dzieje na zewnątrz.
Co jakiś czas przejeżdżało jakieś auto, od czasu do czasu pojawiał się jakiś rowerzysta albo bezpański pies włóczył się po ulicy. W sumie to trochę mnie to dziwiło. Widocznie myliłem się co do tego, że nie ma tu ludzi.
Dzień
był bardzo ładny, słoneczny i ciepły. Aż chciało się wyjść na dwór
aby...
-Wody...-
usłyszałem cichutki głosik. Odwróciłem gwałtownie głowę i zobaczyłem, że
te słowa wyszły z ust Livii. Dziewczyna miała zamknięte oczy, ale lekko
ruszała głową. Spojrzałem przelotnie na siedzącego obok Willa, zerwałem
się i szybko pognałem do kuchni. Wyjąłem z szafki szklankę, wlałem do
niej wody i wróciłem. Uniosłem lekko głowę dziewczyny, aby ułatwić jej
czynność. Livia wzięła kilka łyków i opadła głową na poduszki.
-Livia? Słyszysz mnie? - powiedział Will, który właśnie podszedł do dziewczyny i chwycił ją za rękę.
-Tak - odpowiedziała ledwo słyszalnie.
-Boli cię coś? - spytałem.
-Trochę
głowa, ale to normalne po czymś takim. I gwarantuję, że żaden szpital
nie jest potrzebny. Nic mi nie jest, ale przydałaby się jakaś tabletka
na ten ból jeśli można.
Po
tych słowach Rydel, która nie wiadomo kiedy się pojawiła, popędziła do
kuchni. Wróciła po około 2 minutach z opakowaniem tabletek.
-Już
myślałam, że ich nie znajdę - powiedziała wyciągając jedną tabletkę.
Podała ją dziewczynie, która wzięła ode mnie kubek i połknęła pigułkę
popijając ją jego zawartością.
Kiedy
dziewczyna poczuła się lepiej, wyjęła telefon, zadzwoniła do swojej
siostry, aby poinformować ją o całym zdarzeniu. Cassia - bo tak siostra
miała na imię, chciała przyjechać i zabrać ją do domu. Wtedy zabrałem
Livii telefon.
-Cześć,
jestem Riker. Livia jest teraz w moim domu i może tu zostać jak długo
tylko chce - gdy wymawiałem te słowa Livia patrzyła na mnie wzrokiem
typu ''oszalałeś?!'', ale nie zwracałem na to uwagi. -To moja wina, że
jest teraz w takim stanie i muszę to jakoś wynagrodzić. Jeśli jesteś na
mnie zła, jako jej siostra, za to co się stało to rozumiem cię. Sam
jestem na siebie zły. Możesz nazywać mnie jak chcesz, ale ja i tak
pomogę Livii, jestem jej to winien - mówiłem i nie dawałem dojść Cassii
do słowa.
-Hej, dasz mi coś powiedzieć? - udało się jej wypowiedzieć.
-Tak, proszę.
-Nie będę cię ganiła i wyzywała za to co się stało. Każdemu mogło to się stać. Rozumiem cię, na prawdę, choć przyznam że jestem zdenerwowana.
Kiedy dziewczyna to powiedziała zrobiło mi się jakoś raźniej...lepiej. Ktoś mnie rozumiał
Gdy
się rozłączyłem oddałem Livii komórkę i spytałem jak się czuje.
Odpowiedziała, że oprócz tego że boli ją głowa i prawa ręka na którą
upadła, wszystko jest ok.
-Toooo....gdzie będę spała? - spytała po chwili.
-No to chyba jasne że ze mną - taki tam mały żarcik, ale jej mina - bezcenna.
-No chyba śnisz.
-Dobra,
to był żart. Albo możesz spać tu na kanapie, albo w pokoju mojego brata
Rockie'go, który dziś jest nieobecny, więc ma wolny pokój. Co
wybierasz?
-Tu mi wygodnie - powiedziała nieśmiało gładząc oparcie kanapy.
-Oooo
nie, w takim razie ja przeniosę się do brata, a ty będziesz spała u
mnie - usłyszałem nagle głos Rydel. -Gość taki jak ty i w takim stanie
jak twój nie będzie spał na kanapie.
-Dziękuję - odpowiedziała ranna i lekko się uśmiechnęła.
-No to co jemy na kolację - spytałem chcąc się podlizać.
-No nie wiem, nie wiem - rzuciła Rydel. -Może zdajmy się na ciebie...szefie - dodała i puściła mi oczko.
Wparowałem
do kuchni i otworzyłem lodówkę. Widok mnie zadowolił, bo dzięki mamie
nie musiałem lecieć do sklepu. Wyjąłem potrzebne produkty i zabrałem się
do pracy. Po godzinie moje danie niespodzianka było gotowe. Otworzyłem
nawet winko, jak dziewczynom się należy. Zabrałem tacę i poszedłem do
salonu. Dziewczyny siedziały na kanapie i rozmawiały. Widać, że zdążyły
się bardzo polubić.
-E Viola! - rzekłem stawiając danie na stole i przysuwając małą ławę bliżej kanapy, aby dziewczynom było wygodniej.
-Mmmm... wygląda i pachnie przepysznie - pochwaliła Livia -A cóż to jest?
-To, moja droga, jest łosoś pieczony z musztardą i cienką szynką na sałatce ze szpinaku i musztardowo-miodowym dressingiem.
-Wow, nie dość że pachnie świetnie, wygląda świetnie to jeszcze brzmi świetnie - zaśmiała się Livia.
-No to bierzemy się do jedzenia! - powiedziałem.
-A reszta rodzinki? - spytała Rydel
-Rodzice, Ross i Ryland poszli na miasto, a Rocky...sam nie wiem gdzie jest.
-Dobra, jedzmy!
Po około 20 minutach talerze były puste. Dziewczyny były rozłożone na kanapie i trzymały się za brzuchy.
-Alee się najadłam - powiedziała Livia.
-To
jeszcze nie koniec - rzuciłem i pobiegłem do kuchni po deser. Wstawiłem
nasze talerz do zmywarki i zabrałem stojący na blacie deser który
przygotowałem gdy dziewczyny jeszcze jadły.
-No chyba sobie żartujesz! Ja już nic więcej nie zmieszczę - lamentowała Rydel
-Ja też! - zawtórowała jej Livia.
-Nie
narzekajcie, bo druga taka okazja może się nie powtórzyć. Ja i moje
cudowne rączki mogą wam więcej nic nie ugotować - powiedziałem i
postawiłem przed dziewczynami talerze z goframi z bitą śmietaną i
owocami.
Jakoś
dały się przekonać i zjadły deser. Ja udałem się do kuchni aby
pozmywać, a Rydel zaprowadziła naszą nową koleżankę do swojego pokoju.
Fajnie dziś było, chociaż na początku nieźle się wystraszyłem, na
szczęście wszystko dobrze się skończyło.
____________________________________________________
No to ten...tak trochę króciutko, ale jakoś ostatnio nie mam weny, a po za tym masa nauki :( i czasu też braknie.
Komentujesz=motywujesz
Pozdrawiam :*
-Alex

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz