poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział 4

Riker
To chyba cud, ale po 10 minutach staliśmy już pod domem. Rydel pobiegła do mieszkania, aby otworzyć mi drzwi. Niosłem Livię, nie wiedząc co będzie się działo dalej. A jeśli trzeba będzie odwieźć ją do szpitala? Wolę o tym nie myśleć. Wniosłem dziewczynę do domu i ruszyłem w stronę salonu. Gdy tam wszedłem Ross, Ryland i Will grali na konsoli. Kiedy nas zobaczyli zeszli z kanapy, abym mógł położyć tam Livię.
-Livia?! - rzucił z niedowierzaniem Will. Widocznie musiał ją znać. - Boże, co się stało?
-Jechaliśmy samochodem i jakoś tak wyszło, że jej nie zobaczyłem i potrąciłem ją.
-Jakoś tak wyszło? Chłopie, czy ty się słyszysz?! - chłopak był na prawdę wściekły. -Mogłeś ją zabić idioto!
-Chłopaki, opanujcie się. To nie czas i miejsce na takie zachowania. Livia potrzebuje pomocy - powiedziała Rydel. -Ross, leć po mamę!
Chłopak wyleciał z pokoju jak strzała i po dokładnie kilku sekundach wrócił z rodzicem.
-Jezus Maria, co wyście znowu wyczynili?
-W skrócie potrąciłem ją i ona teraz potrzebuje pomocy.
-To czemu nie zawieziesz jej do szpitala?
-Mamo, a wiesz że za takie coś mogę ponieść poważne konsekwencje?
-Dobrze, spokojnie. Riker, wiem co to może oznaczać, ale nie mamy innego wyjścia, musimy dzwonić po pogotowie. A jeśli ona umrze? Wtedy dopiero będziesz miał kłopoty i to bardzo poważne - mówiła mama. 
Nie docierało to do mnie. Wszyscy na nią patrzyli i nie widzieli co mają powiedzieć.
Blada twarz dziewczyny pozostawała niewzruszona. Jej długie blond włosy ułożyły się idealnie na jej szczupłych ramionach, a bladoróżowe usta były lekko rozchylone. Gdy na nią patrzyłem przechodził mnie dreszcz. Tak bardzo bałem się, że tej dziewczynie stało się coś poważnego. I już nawet nie martwiłem się o to, że poniosę konsekwencje. W tamtym momencie, modliłem się tylko aby się obudziła, aby nic jej nie było. 
Nie pozostało nam nic innego jak czekać, wiem to idiotyzm, że od razu nie zawiozłem jej do szpitala, ale tak bardzo się bałem że pójdę siedzieć. Gdzieś w mojej głowie siedziało również pytanie: ''Co powiedzą ludzie?'', ale starałem się je wyeliminować, bo takie myślenie to egoizm, bo to oznacza, że martwię się tylko o siebie, a tak nie było.
Moje rodzeństwo rozeszło się po pokojach, i tak nie wiedzieli co począć, ja wziąłem krzesło i postawiłem je przy kanapie, tuż obok leżącej Livii, ale nie byłem sam. Will również usiadł obok dziewczyny, lecz z większym odstępem. Mama co jakich czas wpadała aby sprawdzić czy poszkodowana nie odzyskała przytomności. Siedzieliśmy tak około trzech godzin. Żadnemu z nas nawet przez myśl nie przeszło aby iść sobie i zostawić Livię. Wlepiałem swój wzrok w okno. Obserwowałem to co się dzieje na zewnątrz. Co jakiś czas przejeżdżało jakieś auto, od czasu do czasu pojawiał się jakiś rowerzysta albo bezpański pies włóczył się po ulicy. W sumie to trochę mnie to dziwiło. Widocznie myliłem się co do tego, że nie ma tu ludzi. 
Dzień był bardzo ładny, słoneczny i ciepły. Aż chciało się wyjść na dwór aby...
-Wody...- usłyszałem cichutki głosik. Odwróciłem gwałtownie głowę i zobaczyłem, że te słowa wyszły z ust Livii. Dziewczyna miała zamknięte oczy, ale lekko ruszała głową. Spojrzałem przelotnie na siedzącego obok Willa, zerwałem się i szybko pognałem do kuchni. Wyjąłem z szafki szklankę, wlałem do niej wody i wróciłem. Uniosłem lekko głowę dziewczyny, aby ułatwić jej czynność. Livia wzięła kilka łyków i opadła głową na poduszki.
-Livia? Słyszysz mnie? - powiedział Will, który właśnie podszedł do dziewczyny i chwycił ją za rękę.
-Tak - odpowiedziała ledwo słyszalnie.
-Boli cię coś? - spytałem.
-Trochę głowa, ale to normalne po czymś takim. I gwarantuję, że żaden szpital nie jest potrzebny. Nic mi nie jest, ale przydałaby się jakaś tabletka na ten ból jeśli można.
Po tych słowach Rydel, która nie wiadomo kiedy się pojawiła, popędziła do kuchni. Wróciła po około 2 minutach z opakowaniem tabletek.
-Już myślałam, że ich nie znajdę - powiedziała wyciągając jedną tabletkę. Podała ją dziewczynie, która wzięła ode mnie kubek i połknęła pigułkę popijając ją jego zawartością.
Kiedy dziewczyna poczuła się lepiej, wyjęła telefon, zadzwoniła do swojej siostry, aby poinformować ją o całym zdarzeniu. Cassia - bo tak siostra miała na imię, chciała przyjechać i zabrać ją do domu. Wtedy zabrałem Livii telefon.
-Cześć, jestem Riker. Livia jest teraz w moim domu i może tu zostać jak długo tylko chce - gdy wymawiałem te słowa Livia patrzyła na mnie wzrokiem typu ''oszalałeś?!'', ale nie zwracałem na to uwagi. -To moja wina, że jest teraz w takim  stanie i muszę to jakoś wynagrodzić. Jeśli jesteś na mnie zła, jako jej siostra, za to co się stało to rozumiem cię. Sam jestem na siebie zły. Możesz nazywać mnie jak chcesz, ale ja i tak pomogę Livii, jestem jej to winien - mówiłem i nie dawałem dojść Cassii do słowa.
-Hej, dasz mi coś powiedzieć? - udało się jej wypowiedzieć.
-Tak, proszę.
-Nie będę cię ganiła i wyzywała za to co się stało. Każdemu mogło to się stać. Rozumiem cię, na prawdę, choć przyznam że jestem zdenerwowana.
Kiedy dziewczyna to powiedziała zrobiło mi się jakoś raźniej...lepiej. Ktoś mnie rozumiał
Gdy się rozłączyłem oddałem Livii komórkę i spytałem jak się czuje. Odpowiedziała, że oprócz tego że boli ją głowa i prawa ręka na którą upadła, wszystko jest ok.
-Toooo....gdzie będę spała? - spytała po chwili.
-No to chyba jasne że ze mną - taki tam mały żarcik, ale jej mina - bezcenna.
-No chyba śnisz.
-Dobra, to był żart. Albo możesz spać tu na kanapie, albo w pokoju mojego brata Rockie'go, który dziś jest nieobecny, więc ma wolny pokój. Co wybierasz?
-Tu mi wygodnie - powiedziała nieśmiało gładząc oparcie kanapy.
-Oooo nie, w takim razie ja przeniosę się do brata, a ty będziesz spała u mnie - usłyszałem nagle głos Rydel. -Gość taki jak ty i w takim stanie jak twój nie będzie spał na kanapie.
-Dziękuję - odpowiedziała ranna i lekko się uśmiechnęła.
-No to co jemy na kolację - spytałem chcąc się podlizać.
-No nie wiem, nie wiem - rzuciła Rydel. -Może zdajmy się na ciebie...szefie - dodała i puściła mi oczko.
Wparowałem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Widok mnie zadowolił, bo dzięki mamie nie musiałem lecieć do sklepu. Wyjąłem potrzebne produkty i zabrałem się do pracy. Po godzinie moje danie niespodzianka było gotowe. Otworzyłem nawet winko, jak dziewczynom się należy. Zabrałem tacę i poszedłem do salonu. Dziewczyny siedziały na kanapie i rozmawiały. Widać, że zdążyły się bardzo polubić.
-E Viola! - rzekłem stawiając danie na stole i przysuwając małą ławę bliżej kanapy, aby dziewczynom było wygodniej.
-Mmmm... wygląda i pachnie przepysznie - pochwaliła Livia -A cóż to jest?
-To, moja droga, jest łosoś pieczony z musztardą i cienką szynką na sałatce ze szpinaku i musztardowo-miodowym dressingiem.
-Wow, nie dość że pachnie świetnie, wygląda świetnie to jeszcze brzmi świetnie - zaśmiała się Livia.
-No to bierzemy się do jedzenia! - powiedziałem.
-A reszta rodzinki? - spytała Rydel
-Rodzice, Ross i Ryland poszli na miasto, a Rocky...sam nie wiem gdzie jest.
-Dobra, jedzmy!
Po około 20 minutach talerze były puste. Dziewczyny były rozłożone na kanapie i trzymały się za brzuchy.
-Alee się najadłam - powiedziała Livia.
-To jeszcze nie koniec - rzuciłem i pobiegłem do kuchni po deser. Wstawiłem nasze talerz do zmywarki i zabrałem stojący na blacie deser który przygotowałem gdy dziewczyny jeszcze jadły.
-No chyba sobie żartujesz! Ja już nic więcej nie zmieszczę - lamentowała Rydel
-Ja też! - zawtórowała jej Livia.
-Nie narzekajcie, bo druga taka okazja może się nie powtórzyć. Ja i moje cudowne rączki mogą wam więcej nic nie ugotować - powiedziałem i postawiłem przed dziewczynami talerze z goframi z bitą śmietaną i owocami.
Jakoś dały się przekonać i zjadły deser. Ja udałem się do kuchni aby pozmywać, a Rydel zaprowadziła naszą nową koleżankę do swojego pokoju. Fajnie dziś było, chociaż na początku nieźle się wystraszyłem, na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

____________________________________________________
No to ten...tak trochę króciutko, ale jakoś ostatnio nie mam weny, a po za tym masa  nauki :( i czasu też braknie.
Komentujesz=motywujesz
Pozdrawiam  :*
-Alex
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz